Menu główne:
MSF
Relacja księdza diakona Joachima Leszczyny MSF z rowerowego wyjazdu do La Salatte. W wyprawie uczestniczyli: Joachim Leszczyna MSF, Daniel Ciechanowski MSF oraz Łukasz Skołud MSF.




La Salette 2004
Wszystko zaczęło się w okolicach marca. Przyszedł do mnie Łukasz i zapytał czy bym nie pojechał latem na rowery. Łuk już dokładnie wiedział, że ma to być La Salette. Po "chwili" zastanowienia powiedziałem mu, że wchodzę w to. Teraz trzeba było znaleŸć trzeciego zawodnika. Z tym nie było problemu. Daniel bez zastanowienia powiedział, że jedzie (to nic że nie miał roweru i nie wiedział co go czeka)!!! Takie były początki, i tak zostało aż do czerwca. Tuż przed wakacjami temat wyjazdu powrócił. Wiec wspólnie zaplanowaliœmy trasę, orientacyjnie wyznaczyliœmy noclegi, no i trzeba było się zastanowić skąd skołować fundusze. po podliczeniu kilometrów, okazało się, że potrzebujemy 10 dni, max 11! Wyszło nam jakieœ 1500 km W takich nastrojach wyjechaliœmy na wakacje! Każdy w swoją stronę. Z planów, że się spotkamy i wszystko ustalimy, oczywiœcie nic nie wyszło! Wiec całe ustalenia i pozostałe sprawy były załatwiane tydzień przed wyjazdem i to w sumie tylko na telefon! Ale udało nam się załatwić wszystko, łącznie z ubezpieczeniem. Daniel przed wyjazdem był na rekolekcjach, Łukasz szedł z Warszawy do Częstochowy, wiec nie było mowy o jakimœ trenowaniu czy czymœ podobnym! Ja trochę tym czasie posiedziałem na rowerku, ale nie były to długie godziny.
Dwa dni przed wyjazdem wpadłem jeszcze do Tesco na zakupy. Kupiłem pół tony ryżu i tonę makaronów, do tego trochę zupek i rosołów. To były ostatnie przygotowania.
Daniel dojechał na Œląsk w niedziele przed wyjazdem. Łukasz z do domu dotarł w sobotę. Do mnie przyjechał w poniedziałek rano.
16 sierpnia, o 4 rano zaczęliœmy pakować do berlingo nasz sprzęt. Trzy rowerki no i sakwy z bagażem zmieœciły się w bagażniku - to był już pierwszy sukces! Drugim było to, że Romek S. który chciał nas odwieŸć na granice wstał rano i nie musieliœmy na niego czekać! No i niewątpliwym sukcesem było to, że Piotrek nas szybko i szczęœliwie dowiózł do granicy z Czechami - Kudowa Zdrój. Po drodze zjedliœmy pyszne œniadanko w Szczytne!
Po wypakowaniu i złożeniu sprzętu na granicy, wymieniliœmy jeszcze parę złotków na korony! Rowery wyglądały jak wielbłądy przed wyjœciem w karawanę! Tak koło 9 rano zaczęliœmy wielką przygodę!
Po przejechaniu Nahodu, gdy licznik pokazał 7 km z mojego tylnego koła uszło powietrze. Po ekspresowej wymianie dętki powietrze uszło jeszcze raz tym razem założyłem naszą niezawodną dębicę. Z wielkim optymizmem po usunięciu pierwszych trudnoœci ruszyliœmy dalej w trasę! Po przejechaniu 30 km odwiedziliœmy naszych misjonarzy w Czechach - Jaromer. Pierwszego dnia nasz obiad składał się z jakiejœ czeskiej podróbki coca coli, pudingu i słodkich bułek! Niezłe menu! Walcząc z upałem zbliżaliœmy się do Pragi. Koło 20 minęliœmy tablice informującą, że jesteœmy w stolicy Czech! Pora więc rozejrzeć się za jakimœ noclegiem. W okolicy pełno domków jednorodzinnych. Padł pomysł aby rozbić się u kogoœ na ogródku. Wiec pytamy, po trzeciej próbie spotkaliœmy goœcia, który przyjął nas na swoje podwórko. Okazało się, że jego syn to niezły podróżnik, więc nasze spotkanie z nimi dla obu stron było bardzo ubogacające! Po rozbiciu namiotu, kąpieli pod szlaufem i zjedzeniu spaghetti, nasi gospodarze zaprosili nas do pobliskiej gospody na pivko! Nie wypadało odmówić i pogardzić tą czeską goœcinnoœcią! Niestety byliœmy tak padnięci, bo jak by nie było 150 km mieliœmy już w nogach, dlatego impreza skończyła się już na drugim pivku!
17 sierpnia, pobudka o 6, o 7 œniadanko, na które zaprosiła nas owa czeska rodzinka. No i o 8 na koń! Ruszyliœmy naszymi rumakami w stronę centrum miasta. Zwiedzanie zajęło nam całe do południa. W samym centrum starego miasta na moœcie Karola spotkaliœmy dwóch koreańczcyków, którzy na rowerkach przemierzali całą Europę. To był nasz 2 dzien. drogi, ich 72!!! Bardzo miłe spotkanie! Mogliœmy się dowartoœciować, w końcu spotkaliœmy większych "wariatów" od siebie! Z centrum miasta na peryferia wydostaliœmy się metrem! Walka z schodami ruchomymi trzymając w rękach rumaka który waży ponad 40 kg, to też nie lada zabawa!
Po wyjœciu z podziemi łapaliœmy azymut - na lotnisko! To że udało nam się wyjechać na odpowiednią drogę to też niewątpliwe działanie Ducha Œw. Pojechaliœmy totalnie na wyczucie i po przejechaniu 10 km okazało się że to właœnie nasza droga! Przjeżdzaliœmy bardzo blisko lotniska praskiego, tak że jeszcze przez 30 km można było przyglądać się podwoziom samolotów - rewelacyjny widok! Za Pragą zaczęła się walka z górkami! Tego dnia postanowiliœmy jechać bocznymi drogami. Było spokojniej, nie było ruchu, piękne okolice, słoneczko opalało nasze blade ręce i nogi! Po paru godzinach walki, w okolicach 15 zatrzymaliœmy się na obiadku (Krivoklat). Tym razem był to ryż na gęsto z dodatkiem rosołu z kury! Smaczek niepowtarzalny - sposób przyrządzenia na 3 osoby, mój sposób: zagotować wodę, do wrzątku wrzucić 3 rosołki, po 3 minutach gotowania, wsypać 3 porcje ryżu! Gotować tak długo aż wyparuje odpowiednia iloœć wody aby ryż miał odpowiednią gęstoœć. Czas przygotowania to jakiœ 20-30min. W razie niedogotowania ryżu, do całej mikstury dolać wody. Numer z wodą jest ok tylko wydłuża czas przygotowania nawet do 10 min. Po godzinnym postoju siły wróciły a było nam ich trzeba! Znowu walka z pagórkami, po podjeŸdzie który wydawał się nie do pokonania, na zjeŸdzie zaczęliœmy bić rekordy prędkoœci! Tego dnia na liczniku pojawiło się 68 km/h! Niestety była to tylko prędkoœć chwilowa! Tego osiągnięcia nie udało się poprawić nawet w Alpach. Koło 20 znaleŸliœmy się w Kralowicach. Mała to być miejscowoœć w której mieliœmy się zatrzymać i jechać dalej, niestety górki tak nas przytrzymały że trzeba było szukać właœnie tam noclegu. Ujechaliœmy jeszcze 5 km, i z rezultatem 130 km zaczynamy szukać miejsca na nocleg. Zaczęło się chmurzyć i burza wisiała nad nami! Zdążyliœmy rozbić namiot i lunęło. To był krytyczny dzień. Okazało się że przejechane 130 km na mapie wyglądają jak odległoœć którą pokonuje się pieszo a nie na rowerku! Tego wieczoru wydawało się że już po wszystkim, że nie damy rade dojechać. Zmarznięci, przemoknięci i głodni, w małej czeskiej wiosce zastanawiamy się co dalej. No i postanowiliœmy zrobić kolację. W tym momencie tylko to mogło nas uratować! Dan i Łuki zostali w obozie, ja pojechałem do gospody po wodę. Zatankowałem wody do plastikowych półtoralitrówek. Ugotowaliœmy spaghetti, niezłą sztuką jest gotowanie obiadu na kuchence gazowej, w namiocie trzyosobowym, w którym już te trzy osoby chronią się przed deszczem. Oprócz tego że my już zajmowaliœmy sporą częœć tego namiotu, doszły jeszcze nasze rzeczy. Dobrze że namiot miał przedsionek, nie trzeba było spać z butami pod głową! Po zjedzeniu kolacyjki wzięliœmy się za licznie kilometrów. Trasa została zmieniona. Wybraliœmy najkrótszy wariant. Wiele zależało od następnego dnia. Czy dojedziemy do Niemiec, jaka będzie pogoda itd. Pora spać. Jesteœmy w œrodku wioski, pada deszcz, nasz namiot stoi nad jakimœ stawkiem. Jedyną rzeczą o którą zaczęliœmy się bać to rowery. Wciągnęliœmy je na noc w przedsionek, obstawiając w różnych miejscach menaszkami, aby w razie odjazdu któregoœ z nich narobić hałasu. Noc na szczęœcie minęła bardzo spokojnie.
18 sierpnia, poranek bardzo deszczowy. W przerwie opadowej zjedliœmy œniadanie (jeszcze zapas polskiego chleba i zestaw dżemowy z konserwą itd.) i spakowali rowerki. Pora w drogę. Plany ambitne! Po paru kilometrach zaczęło padać. Na szczęœcie po godzinie znowu wróciło słońce i tak już pozostało. Po dwóch ekspresowych godzinach jazdy przejechaliœmy ponad 50 km i wpadliœmy do Pilzna. Do granicy pozostało 60 km. Wiec bez dłuższych przerw w drogę! Po niespełna 3 godzinach walki z upałem dotarliœmy do Ceska Kubice. Radoœć ogromna. Udało się dotrzeć do granicy niemieckiej dosyć wczeœnie. Zegar wskazywał dopiero 15. Wiec przejœcie do Niemiec i obiadek, już po stronie zachodniej! Pięknie się przekracza granicę obładowanym rowerkiem! Furth i Wald, tak od strony zachodniej nazywało się to miejsce. Po zjedzeniu pysznego ryżu, tym razem w domieszce i o odcieniu zupy pomidorowej ruszamy w drogę. W Niemczech kilometry zaczynają uciekać bardzo szybko, trzeba jedynie uważać, aby nie trzymać się drogi a œcieżek rowerowych. Czasem się udawało. Minęliœmy Cham i dojechaliœmy w okolice, dokładnie 11km przed Regensburg. Sukces, tego dnia licznik pokazał 182km!!! Wjechaliœmy do małej wioski, podjeżdżamy do pierwszego gospodarza, który bez żadnych problemów przyjął nas na swoje podwórko. Postawiliœmy obóz za domem! Najwięcej radoœci z tego miejsca biwakowania miała córka tego bauera! Stefanie która miała może z 8 lat, rano wstała aby nas pożegnać i pomachać nam na odjazd! Ale wracając do wieczoru. Był to trzeci nocleg, miejsce rewelacyjne. Skraj wioski, teren pagórkowaty i czyœciutkie niebo. Siedzieliœmy przed namiotem do północy patrząc na gwiazdy i popijając herbatkę (bez Stefanie)! Tej nocy Łukasz spał na zewnątrz, wiec Daniel i ja mieliœmy apartamenty!
19 sierpnia, czwartek, z planowanego wyjazdu na 6 rano zostało tyle że wyjechaliœmy o 8! I tak nieŸle! Po niespełna godzinie jazdy przemierzamy już Regensburg. Po przejechaniu miasta jeszcze 20 km do planowanego miejsca na drugie œniadanie. Udało sie dotrzeć do Bad Abbach. W tym spokojnym miasteczku trzech rowerowców zjadło swój nie ostatni posiłek! Potem ruszyliœmy dalej w stronę Ingolstadt. To była walka nie tylko z upałem ale też z wiatrem. Koło 15 wylądowaliœmy znowu na obiedzie. Tym razem na stacji benzynowej ARAL! Tam też spotkaliœmy chłopaka z Raciborza. On tam dotarł BMW serii 5, my na naszych wiernych rumakach! Po pysznym obiadku, oczywiœcie był to ryż, ruszyliœmy w stronę Donauworth. Zaczęło się chmurzyć i miejsce docelowe udało się osiągnąć - jednak w strugach deszczu! Tam też doœć roweru i całej tej zabawy miał Daniel. Ja chciałem jeszcze jechać. Było koło 19, byliœmy totalnie przemoknięci, wiec wydawało mi się że będziemy pędzić dalej. Ale po małym głosowaniu doszliœmy do porozumienia - szukamy już bazy! Licznik pokazał koło 150km wiec norma wykonana! Z noclegiem nie było tak łatwo! Padał deszcz, w najbliższej wiosce nie było miejsca na postawienie namiotu, ktoœ nam podpowiedział że 5km dalej jest kamping, nawet podobno darmowy! Wiec pełni radoœci, mimo tego że spod kół pryskają strugi wody pędzimy w wyznaczone miejsce. Kamping rzeczywiœcie był, z tym że ta przyjemnoœć kosztowała nas 17E! W sumie to nie takie wielkie pieniądze ale za taką kasę to mieliœmy suchego prowiantu na 3 dni! Plus tego był taki że pierwszy raz od czterech dni udało nam się wykąpać w ciepłej wodzie!!! Co za rozkosz!!! Oczywiœcie na kolację było to co zawsze - spaghetti! Z deszczem też sobie radziliœmy bo postawiliœmy namiocik obok drewnianego kampingu w którym była nasza suszarnia i kuchnia!
20 sierpnia, piątek, pobudka przed siódmą i o 8 już byliœmy gotowi do jazdy. Niestety w deszczu, ale tylko do południa. Najbliższym celem stało się miasto Ulm. Po przejechaniu 30 km złapałem gumę w tylnim kole. Okazało się że przytrzasnąłem oponę. No i zaczęły się szopki, bo dętki były na składzie ale o oponie nikt z nas nie pomyœlał! Wiec przekładamy tą rozwaloną oponę na przód aby zmniejszyć nacisk, podkładam starą, pociętą dętkę. Wiele to nie dało. Rowery już spakowane, mamy ruszać w drogę. Łuki poszedł wyrzucić œmieci, wrócił z dobrym kołem, rozmiar taki jak mój 28, napompowane, z tym że wąska opona bo to było koło z kolarki! Ale jechać się dało! Ktoœ wyrzucił starą kolarkę z dobrymi kołami! No i na tym kole, z przywiązanym do bagażu zapasem dojechałem kolejne 25 km do najbliższego miasta ze sklepem rowerowym, gdzie to kupiłem nową oponę i mój rumak wrócił do starego wyglądu!
Równo o 15 byliœmy na rynku w Ulm! Dan poszedł na zakupy! Przyniósł sok owocowy. Gdy tego skosztowałem to myœlałem że mnie sczyœci! Nie zauważył że te owoce mają 7%! Przyniósł sikacza w kartoniku! To był tani sok który okazał się winem - znowu cud! Chcąc jechać dalej nie mogliœmy sobie pozwolić na szaleństwo picia takich rarytasów, soczek został w Ulm. Po zwiedzeniu rynku, katedry, przez trzy razy próbowaliœmy wydostać się z tego miasta. I trzy razy wracaliœmy w to samo miejsce na rynku!!! Wiec było wesoło! Aż w końcu udało nam się złapać odpowiedni kierunek!!! Tego dnia dojechaliœmy do Mengen. Tam zostawiliœmy rowery u sympatycznej babci, w samym centrum miasta a na noc pojechaliœmy do cioci Łukasza nad jezioro bodeńskie. To była bardzo, ale to bardzo krótka noc!!!
21 sierpnia, sobota. Ruszamy z Mengen do Freiburga. To walka z wiatrem i upałem. Był to dzień prawdy, na poszczególnych odcinkach nerwy puszczały nam na zmiany! Szwarcwald jest piękny ale w wietrze i tak słonecznej pogodzie jaka była tego dnia był porostu zabójczy! O 19 wylądowaliœmy w Freiburgu. Zwiedzanie miasta w deszczu. To był wieczór Daniela. Najpierw wpadł kołem w szynę tramwajową i wywinął orła, po którym wstał tak szybko że sam nie pamiętał że wstał! Potem, wyjeżdżając już z miasta, hamował przed czerwonym œwiatłem. Niestety jego tylne hamulce tego dnia nie spisywały się najlepiej, przydusił przednie szczęki! No i postawił rower na przednim kole Dobrze że sakwy były przymocowane do bagażnika bo tak już dawno znalazłyby się na orbicie! Gdy jego rower wracał do pionu, to przychaczył o słup sygnalizatora! Od tego momentu tylne koło zostawiało za sobą œlaczkowaty œlad! Ale to nie koniec przygód tego dnia. Aby złapać kierunek, azymut, ruszyliœmy doœć główną ulicą z miasta. Po przejechaniu paru km przy drodze pojawiła się œcieżka rowerowa. Trochę za póŸno, bo POLIZEI już na nas czekała trochę dalej! Po zapytaniu nas przez polizianta czy rozmawiamy po niemiecku Daniel się nie odzywał, Łukasz stanowczo powiedział NEIN, a ja czekałem na wersje angielską! Z tego co zrozumiałem to panowie prosili aby nie jechać głównymi drogami, bo jest to niebezpieczne, i życzyli nam szerokiej drogi! Nie taki polizjant straszny. Więc jedziemy dalej. Rzecz się dzieje w sobotę wieczorem. Na niedzielę planujemy pójœć na mszę. Wiec szukamy po drodze takiej miejscowoœci gdzie msza będzie stosunkowo wczeœnie. Poszukiwana kończymy w okolicach Bad Krozingen, jest koœciół w którym msza będzie o 9 rano. Problem w tym że było juz zdrowo po 22, nie mamy miejsca na namiot, na szczęœcie stacja była czynna, wiec była woda - będzie kolacja! W okolicy żadnego lasu, ani krzaków. Jednego czego nie brakowało to kukurydza. Kukurydza te jednak co dwa metry była przecięta, tak że można tam było spokojnie wjechać traktorem, już nie mówiąc rowerem! Wiec noc w kukurydzy!
22 sierpnia, niedziela. Wszystko było OK, tylko rano po spakowaniu sprzętu wyglądaliœmy jak rasowi rolnicy! Spodnie ubrudzone prawie po kolana! Ale twardo, nie ma czasu na ceregiele, pojechaliœmy do koœcioła. Udało sie zdążyć prawie na całą mszę!!!
Po mszy ruszyliœmy w kierunku francuskiej granicy! W południe byliœmy już we Francji! Liczniki rowerowe wskazywały prawie 1000 km!!! Wtedy wiedzieliœmy że teraz to nawet na samych felgach przy wzmożonych opadach œniegu musimy dojechać!!! 20 km od granicy zatrzymaliœmy się w Mulhouse. Tam też po raz pierwszy doœwiadczyliœmy że Francuzi bardzo cenią swój język i raczej innych nie znają! Niedziela, sklepy pozamykane, chcieliœmy kupić jakiœ napój. Na stacjach benzynowych ceny były doœć wygórowane. Więc pytamy o sklep!!! I tu zaczęły się kalambury!!! Gdy już nas zaczęły boleć ręce od tłumaczenia pewien Francuz załapał że chodzi nam o sklep - "magazon"!!! Wytłumaczył jak tam dojechać, znaczy się pokazał ręką!!! Ale trafiliœmy! Kolejne spotkanie z Francuzami polegało na tym że pytaliœmy o kierunek. Miasto było niesamowicie rozkopane, znaki też poginęły w okopach!!! Po zapytaniu grupki murzynów mało co nie wznieciliœmy bójki - chłopaki zaczęli się między sobą kłócić, nie mogli ustalić naszego kierunku!!! W końcu jeden z nich zaproponował abyœmy jechali za słońcem - w sumie to było najlepsze rozwiązanie! Potem jeszcze raz zapytaliœmy o drogę, tu z kolei dwóch naćpanych goœci po włosku wytłumaczyli nam że jedziemy w dobrą stronę!!! Wiec szczęœliwie opuœciliœmy Mulhose. Po przejechaniu następnych 40 km, pełni entuzjazmu i szczęœcia że jesteœmy tak daleko dotarliœmy do Belfortu. Tam robiliœmy kolejne zakupy, trzeba było kupić bateryjki - kurde, drogo w tej Francji! Początkowo chcieliœmy dojechać do Besancon. Jednak w połowie drogi do tego miasta trzeba było rozbić obóz. Wczeœniej w małej wiosce zaopatrzyliœmy się w wodę. Gdy Francuzi dowiedzieli się skąd jedziemy i ile nam to zajęło to bili nam brawo!!! Miło z ich strony! Tego dnia biwakowaliœmy w górach! Piękne miejsce, na polanie, przy lesie, w dole rzeka, w około góry! Przed rozbiciem namiotu przyszedł czas na deser! Tak dobrych jeżyn jeszcze nie jedliœmy! Może to przez to zmęczenie! Ale i tak były pyszne! Potem, jak co wieczór Daniel i Łukasz rozkładali namiot a ja zająłem się gotowaniem spaghetti!!! I znowu wieczór w pięknej górskiej scenerii, przy zagwieżdżonym niebie!
23 sierpnia, poniedziałek. Pobudka przed siódmą, i aż nie chce się wyjeżdżać, widoki jak w Bieszczadach. Jednak przed nami jeszcze parę dni drogi. Przyzwyczajeni już do swoich "obowiązkow": œniadanko, pakowanie sprzętu i "na koń" ruszamy w drogę. Przez 10 km jedziemy przy rzece Doubs, po lewej stronie płynie rzeka, po prawej urwiska skalne, sceneria niczym z bajki! Zaczął się podjazd i po trzech godzinach jazdy, w pięknej pogodzie dojeżdżamy do Besancone. Tu krótki postój na Cole i w drogę. Od tego miasta zaczynamy się wspinać w górę. Po napisach jakie zaczęły pojawiać się na asfalcie orientujemy się że jedziemy kawałkiem trasy Tour de France!!! Ten odcinek zajmuje nam jakieœ 70 min, po którym przyszedł czas na obiad! Oczywiœcie tradycyjny - ryż na gęsto! Droga zaczyna się robić coraz ciekawsza. Pagórki coraz większe, i wiatr. Największy nasz przeciwnik. To koleiny dzień, gdy wiatr wieje nam prosto w twarz, ale my, mocna grupa walczymy z tymi wiatrakami i pędzimy przed siebie! Tym razem wieczorem dojeżdżamy do miejscowoœci Lons. Do miasta wjechaliœmy w deszczu, już po 20. Jedynym sklepem jaki jest otwarty to stacja benzynowa. W sumie to nie jedyna, bo było ich trochę, problem taki że ceny na tej sytuacji nie na naszą kieszeń! Na szczęœcie wody można było zatankować za friko!!! Wiec przeczekujemy deszcz pod dachem, bierzemy ile się da wody i ruszamy w poszukiwaniu dogodnego miejsca na nocleg. Parę km za miastem zaczynają się takie tereny o jakich marzyliœmy! Pagórki, lasy, piękna okolica. Zaszyliœmy się przy drodze, niewidoczni dla otoczenia, postawili namiot i już jest gdzie mieszkać. Gdy kładliœmy się spać zaczęło się zbierać na burzę, która nad nasz dach nadciągnęła koło 3 nad ranem! To była prawdziwa burza! W namiocie wydawało się, że ktoœ wiadrem leje wodę po tropiku! Na noc zostawialiœmy wejœcie do namiotu otwarte. Tej nocy zaczęło nas zalewać. Klapa z tropiku była tak mocno przywiązana do reszty że jedynym rozwiązaniem było odciąć sznurki zabezpieczające! Dobrze że nóż był pod ręką! Namiot stał solidnie wiec nie odpłynęliœmy, ale pioruny trzaskały w okolicy tak że ziemia drżała! Gdy się leży w namiocie i słyszy się takie odgłosy to wyobraŸnia pracuje rewelacyjnie i można zapomnieć o spaniu!
24 sierpnia, wtorek. Pobudka tradycyjnie koło 7. Niestety tak leje że postanawiamy jeszcze chwile pospać. Kolejny raz budzimy się o 9. Pogoda się nie zmieniła. Nie możemy dalej czekać. Œniadanie i pakowanie w namiocie. Takiego deszczu jeszcze podczas jazdy nie mieliœmy. Jak tylko się da zabezpieczamy bagaże, sakwy owijamy karimatami itd. Teraz nasze rowery wyglądają jak amfibie! Na trasę ruszamy po 10. Po dwóch godzinkach jazdy w strugach deszczu zatrzymujemy się w małym miasteczku, jedyne miejsce gdzie nie pada to zadaszenie z budynku pocztowego! Ktoœ już to zadaszenie wczeœniej zauważył i wstawił tam bankomat. Wiec to było bardzo kontynentalne œniadanie, i nie chodzi m o to ze jedliœmy bagietki z dżemem, ale ze względu na ten bankomat co chwile ktoœ nas odwiedzał! Można było szlifować język, prosząc odwiedzających o uważanie na gotującą się wodę na herbatkę!!! No i ruszamy w stronę Lionu. Jeszcze przez godzinę jedziemy w deszczu, a potem pokazało się upragnione słońce. Dojeżdżamy do Bourg. Tu czas na obiad i zakupy. Zatrzymujemy się pod marketem. Ja zostałem na parkingu, gotuję obiadek. Łukasz i Daniel poszli na zakupy. Wzięli resztę pieniędzy przeznaczoną na jedzenie i ruszyli na podbój "cereafurta". W sklepie same promocje, wiec się nie oszczędzają i pakują do koszyka. Gdy znaleŸli się w okolicach kasy, owe promocyjne ceny wydały im się nieco podejrzane. Zaczęła się chwila prawdy. Kasjer zaczyna naliczać, szybko się okazało że podejrzenia były słuszne! Licznik wybił prawie 40E, tych dwóch artystów miało przy sobie niecałe 35E! Z pobladłych i wystraszonych twarzy pada pytanie: do you speak eanglish? Po chwili ciszy jeszcze jedno: do you understand me? Niestety nie otrzymali odpowiedzi. Wiec Łukasz pyta: a idzie zurizk? (Trzeba przyznać że większoœć francuzów posługuje się przynajmniej biernie językiem œląskim) kasjer się uœmiechnął i chyba odpowiedział tak bo zaczął odejmować produkty z listy! Gdy Dan i Łuk wyszli ze sklepu obiad już na nich czekał. Radoœci co nie miara. Po spakowaniu całego tego dobytku (co nie było takie łatwe, najlepiej byłoby wziąœć ten koszyk na hol) ruszyliœmy w stronę Lionu. Przed Lionem musiałem wymienić linkę od przerzutek. Po tej wymianie mój rowerek zaczął się bujać jak małe autko. Tego dnia nadwerężyłem œcięgno Achillesa, i zaczęła się jazda w trochę mniej komfortowych warunkach. Ale twardym trza być nie miętkim - jak powiada Killer! Lion przywitał nas piękną panoramą miasta! Zaczęliœmy wjeżdżać do niego z pięknego pagórka. Zjazd prawie aż do centrum miasta! W centrum byliœmy koło 19, wiec lekka przed-kolacyjka, i w drogę (co okazało sie nie takie łatwe). Lion to piękne ale potężne miasto! Wyjazd zajął nam ponad 2 godziny! W końcu, po przejechaniu ponad 20 km, błądząc i pytając o drogę, już w ciemnoœciach wyjeżdżamy z miasta! Jeszcze po drodze stacja i tankowanie wody na kolacje! Tu na stacji otrzymaliœmy pochwałkę i podziw pracowników, mówili cos że to jest: imposible itd! Po tej miłej wizycie na stacji, ruszamy szukać miejsca na nocleg. Wyjeżdżając z miasta mijamy same hurtownie, jakieœ sklepy, aż w polu pojawia się pare krzaków! Miejsce w sam raz na biwak! Po ocenie terenu przebijamy się przez gęste jeżyny i inne krzaczyska i w pobliży liońskiego lotniska niedaleko od głównej drogi trzech goœci z polski rozbiło swój obóz! Wieczór minął spokojnie, dopiero przed wyjazdem rano Łukasz zauważył że w jego tylnym kole pojawił się zbędny kolec, więc dętka do wymiany! Z serwisowaniem rowerów nie mieliœmy problemów. To była kwestia paru chwil i sprzęt znowu był gotowy do drogi!
25 sierpnia, œroda. Ruszamy spod Lionu w kierunku francuskich Alp. Po 3 godzinach jazdy w pięknej słonecznej pogodzie po raz pierwszy pokazały nam się prawdziwe góry! Piękny widok który wzbudza niesamowitą radoœć! Tradycyjne koło 15 zatrzymaliœmy się na obiad, perspektywa dalszej jazdy była bardzo pozytywna, zatrzymaliœmy się przy znaku który informował że zaczyna się zjazd 10% w dół przez 7 km! Wiec odpoczywamy, posilamy się ryżem aby były siły do hamowania! Po godzinnym postoju ruszamy w trasę. Gdzieœ w połowie zjazdu mija nas Berlingo z rejestracjami SG! Dotarł do nas nasz kierowca! To była wielka radoœć! Spotkaliœmy się bez jakiegokolwiek umawiania. Telefony nam nie działały, bo ulewa która nas męczyła dzień wczeœniej skutecznie pozbawiła nas kontaktu ze œwiatem! Piotrek miał być u nas dopiero w czwartek, ale wyjechał dzień wczeœniej, przyjechał ze swoim ojcem. Wszyscy cieszyliœmy się i to bardzo. Spotkanie uczciliœmy łykiem ciepłej Coli z samochodu! Okazało się że Piotrek się potracił i szukał swojej drogi. Szukając jej znalazł nas! Gdybyœmy ruszyli trochę wczeœniej z postoju obiadowego i wjechali w miasto raczej nie spotkalibyœmy się na trasie! On też nie wiedział gdzie jesteœmy bo nie miał z nami kontaktu. W ferworze walki wrzuciliœmy cały bagaż na samochód, do La Salette zostało jakiœ 70km. Spotkaliœmy się koło 16. Padła decyzja że jedziemy jak najdalej, aby zbliżyć się a może nawet jeszcze dziœ wjechać na górę. Potem okazało się że było to nie do wykonania. Piotrek pojechał już na LS. My na rowerkach za nim. Po godzinie jazdy dojechaliœmy do Grenoble, to piękne miasto, położone w samych Alach. Miasto było tak "rozkopane" że naszego kierowcę spotkaliœmy jeszcze na trasie dwa razy! Jadąc dalej z Vizille zaczął się najbardziej morderczy podjazd. Znaki wskazywały 7 km podjazdu o nachyleniu 12%! To była walka! Każdy kilometr przeżywaliœmy jako rok, najpierw 1km to był nowicjat, potem 6 lat seminarium. Gdy dobrnęliœmy do połowy jazdy wydawało się że to już koniec! Na szczęœcie jechaliœmy bez bagażu. Ludzie którzy nas mijali, bardzo życzliwie nas wspomagali, słychać było wiele klaksonów, co chwile ktoœ wyciągał rękę przez okno i pokazywał kciuk w geœcie - tak dalej! Był to trudny ale bardzo miły podjazd. Gdy wczłapaliœmy się na górę, prędkoœć z 7 km/h wzrosła od razu do 27 km/h! Tak można jechać! Do La Mure zostało 15km, a do La Salette jeszcze z 45km! Zaczęło się œciemniać, już wiedzieliœmy że dziœ nie dojedziemy. Dojeżdżamy do La Mure. Tam, na wylocie z miasta postanawiamy się zatrzymać. Na szczęœcie zadziałała zalana komórka, wydawała dziwne odgłosy, jak by się coœ w niej gotowało, ale mogliœmy zawiadomić naszego kierowcę gdzie jesteœmy. Po chwili przyszła wiadomoœć że dojedzie do nas nie szybciej jak za godzinę. Fajnie, tylko było już koło 22, znowu zaczął padać deszcz, nasze kurtki i cały sprzęt pozostał w samochodzie. Usiedliœmy przy zamkniętym przydrożnym barze. Deszcz stawał się coraz mocniejszy. Przy płocie koło którego siedzieliœmy co dwa metry powtykane były ogrodowe parasole. Skorzystaliœmy z dwóch, chociaż trochę chroniąc się przed deszczem. Po chwili marznięcia na ławce, podszedł do nas jak się póŸniej okazało szef tej restauracji. Po krótkiej konwersacji, o ile można tak to nazwać, zaproponował coœ do jedzenia. My zaczęliœmy tłumaczyć że za chwile przyjedzie auto, tam mamy całą kuchnię a na skorzystanie z baru nie mamy kasy. Rozstał się z nami, po chwili jednak wrócił, przyniósł trzy kanapki wypakowane kiełbachą i po puszce coca coli dla każdego. Wskazał nam miejsce gdzie możemy się rozbić na jego parkingu i odjechał do domu! Głodni jak małe autka zjedliœmy poczęstunek i pełni podziwu dla jego goœcinnoœci i naszych lingwistycznych zdolnoœci czekaliœmy na Piotrka. Gdy przyjechał było już grubo po 23. Wiec jak co wieczór, stawianie namiotu, kolacyjka - czyli spaghetti, no i dzielenie się wrażeniami z minionych dni z Piotrkiem i jego ojcem. Przy rozbijaniu namiotu mieliœmy pomysł aby postawić nasz dom tuż za ogrodzeniem, w sumie to w tym miejscu o którym mówił, a raczej pokazywał Francuz, tylko trochę głębiej. Zostaliœmy jednak na skraju tej łąki, przy samym ogrodzeniu. I dobrze!
26 sierpnia, czwartek. Łukasz mnie budzi i mówi że przy naszym namiocie chodzi jakaœ koza czy coœ jeszcze dziwniejszego. Wyglądamy z namiotu, a przy ogrodzeniu, za którym mieliœmy się znaleŸć stoją i gapią się na nas trzy osły! Skomentowałem to zdaniem: ktoœ postawił lustro przy namiocie! W tak radosnych nastrojach i strugach deszczu zabraliœmy się za szykowanie œniadania. Do Corps zostało 15 km i z Corps tyle samo do celu! Zaczynamy jechać koło 10. Deszcze pada doœć intensywnie a my zaczynamy walkę z alpejskimi serpentynami. Piękne zjazdy i podjazdy. Na zjazdach każdy z nas modlił się aby w tym momencie nie pękła linka od hamulca, bo ewentualne wypadnięcie z zakrętu groziło "wypadnięciem z gry zwanej życiem"! Ale udało się. W Corps byliœmy w samo południe. Jeszcze ostatnie zakupy, aby osłodzić wjazd, i już przy słonecznej pogodzie ruszamy w drogę. Po 15 min jazdy na zboczu bardzo stromej góry w oddali pokazały się autobusy. To parking już przy La Salette! Podjazd trwał niespełna 2 godziny z paroma odpoczynkami. Widok z metra na metr stawał się coraz bardziej imponujący!
Dojechaliœmy!!!
Po wejœciu do bazyliki nie było nas stać na nic więcej tylko ciszę. W tle ktoœ grał na organach, ale to było nie istotne. To był moment na który czekaliœmy długo. Ból, wszystkie obawy jakie były w czasie trasy, wszystko to zostało u Niej. ZawieŸliœmy do Płaczącej Pani również swoje łzy, łzy bólu ale przede wszystkim łzy szczęœcia.
Taka chwila to kairos, moment w którym się czuje niesamowitą bliskoœć Stwórcy.
Po zakwaterowaniu się w domu pielgrzyma przyszedł czas na sesję zdjęciową. Wjechaliœmy jeszcze raz, tym razem już w sutannach! Wœród pielgrzymów spowodowało to nie małe zdziwieni!
Odwiedziliœmy spoczywającego tam, na LS naszego założyciela ks. Jana Berthiera MS. Wieczorem uczestniczyliœmy we mszy, którą odprawił nam misjonarz saletyn, rodak Daniela. Wieczorem nabożeństwo ze œwiecami przy pieknym, międzynarodowym œpiewie: Dziewico Saletyńska.
Rano wzięliœmy udział w mszy dla grupy pielgrzymów z Czech. No i nasz pobyt na LS dobiegł końca. Zaczął się powrót do domu. Po zapakowaniu samochodu, co graniczyło z cudem ruszyliœmy w drogę. Po 22 godzinach jazdy byliœmy w domu.
Na rowerach spędziliœmy 11 dni, codziennie koło 150km, ostatniego dnia 30. Łącznie wyszło niespełna 1600. Nie było dnia kiedy to nie doœwiadczaliœmy tego że nie jedziemy sami! Jestem przekonany, że to właœnie Ona, Płacząca Pani z La Salette tak nas do siebie prowadziła. Może to i przypadek, że tak szczęœliwie dotarliœmy do celu, ale czemu tego przypadka nie nazwać Opatrznoœcią Bożą.