Jan Tetzlaff MSF Strona prywatna


Idź do spisu treści

Menu główne:


Jacek Rakowski w Zambii

Inne

Jacek Rakowski znany jest mi od bardzo dawna. Razem jeŸdziliœmy na akcje powołaniowe, najpierw jako kandydaci (??!!), a póŸniej jako organizatorzy. Jacek przez kilka lat studiował w naszym Seminarium w Kazimierzu Biskupim aż do œlubów wieczystych, przed którymi zrezygnował. Potem dokończył studia teologiczne jako œwiecki, uczył religii jako katecheta w Poznaniu, aż w końcu wyjechał jako misjonarz do Zambii. Jest tam już od półtora roku.

Zachęcam zatem wszystkich ludzi dobrej woli i tych, których na to stać do pomocy Jackowi i jego podopiecznym. Można to uczynić wpłacając nawet niewielkie kwoty na konto, które podaję poniżej z dopiskiem "dla dzieci z ulic Kitwe (Jacek)"

Oto Konto:

PKO BP S.A. CBE "INTELIGO"
Jacek Rakowski
ul. Dworcowa 4/2
77-430 Krajenka
nr.: 50102055581111158520700097



Druk wpłaty

O Jacku i Jego pracy możesz dowiedzieć się więcej:
tutaj i tutaj

Moi drodzy!


Już w tę niedzielę będziemy œwiętować kolejną Niedzielę Misyjną. Od jakiegoœ czasu starałem się coœ na tę okazje napisać ale jakoœ natchnienie mnie opuœciło. postanowiłem więc, że zamiast pisania przeœlę Wam krótki filmik. Mam nadzieję, że dotrze do Was bez większych problemów i że będziecie mogli go obejrzeć. Filmik ten to skromna próba pokazania nieco innej rzeczywistoœci misji, misji która rzadko zagląda do koœciołów. Sami ocenicie, czy to jest także "głoszenie Dobrej Nowiny". W moim przekonaniu - jak najbardziej.
Napisy i podkład muzyczny są w języku angielskim, jestem jednak przekonany, że to nie sprawi Wam większych kłopotów. Jakoœć pozostawia dużo do życzenia ale to dlatego, że starałem się aby ten plik nie był zbyt wielki.
Polecam się Waszej pamięci i modlitwie, polecam też wam tych wszystkich, którzy są na tych zdjęciach, a z których większoœci jest wciąż na ulicy. Na ostatnim ze zdjęć znajdują się Cletus i Dickson, w dzień gdy razem z nimi wracałem do ich rodzin. Na wczeœniejszych ujęciach można ich zobaczyć gdy wciąż byli "na ulicy". Niewiele potrzeba aby z "brzydkiego kaczęcia" stać się na powrót "dostojnym łabędziem".
Pozdrawiam Wszystkich serdecznie i mam nadzieję, ze sie wam spodoba.
Z Bogiem
Jacek

Misjonarze z ulicy



Od drugiego tygodnia mojego pobytu w Nairobi, rozpocząłem chodzić w odwiedziny do dwóch oœrodków dla dzieciaków. Dwa oœrodki, a zupełnie różni mieszkańcy w nich żyją. Jeden to "Bakhita", sierociniec i szkoła dla dzieci z sąsiednich slumsów (których mamy tutaj co niemiara), mieszka w nim 60 dziewcząt i chłopców; a drugi, to "Kwetu Home of Peace", dom pierwszego kontaktu i oœrodek rehabilitacyjny dla chłopców z ulicy (czyli to co kocham), który zamieszkuje obecnie około 80 chłopców.
Na razie oczywiœcie jesteœmy (dzieciaki i ja) na etapie wstępnym, jednakże decydującym dla całej naszej wspólnej przyszłoœci, czyli staramy się wzajemnie poznać, zaakceptować i ufać. Budujemy przyjaŸń.
Co mnie zdziwiło nieco, to fakt, że owe więzi przyjaŸni o wiele łatwiej nawiązać z dziećmi z ulicy. Po raz pierwszy odwiedziłem ich w czwartek, spędziliœmy razem całe popołudnie, chłopcy oprowadzili mnie po ich domu, trochę pograliœmy w piłkę, starałem się zapamiętać jak najwięcej imion, co było skrzętnie przez wielu z nich sprawdzane regularnym pytaniem: "Pamiętasz moje imię?", i nagradzane promiennym uœmiechem gdy udało mi się wypowiedzieć to właœciwe. Tuż przed kolacją odprowadzili mnie na pobliski przystanek "matatu" (minibusy komunikacji miejskiej w Nairobi, które same w sobie są niesamowitym zjawiskiem wartym opisania), zwyczajowe uœciski dłoni na pożegnanie; i tak się rozstaliœmy.
W sobotę, tego samego tygodnia, mieliœmy w naszej wspólnocie œwięcenia diakonatu, które odbywały się w jednej z pobliskich parafii. Siedzę więc sobie w przygotowanym na tę okazję ogromnym namiocie, w oczekiwaniu na uroczystoœci; a tu nagle na ławkach dookoła mnie robi się tłoczno. Na uœmiechniętych twarzach, które cisną się w moje pole widzenia rozpoznaję chłopców z "Kwetu". Każdy chce siedzieć jak najbliżej, moje obydwie ręce już zatopione w ich dłoniach, zaraz potem słyszę ponowne: "Pamiętasz moje imię?". Wszystkie imiona, które słyszałem w ciągu ostatnich kilku tygodni cisną mi sie do głowy i jakimœ cudem, kilka razy udaje mi się przypisać odpowiednie imię do odpowiedniej twarzy; i znów ten ogromny uœmiech radoœci w nagrodę za mój wysiłek. A mnie gdzieœ na zapleczu głowy kołacze się jeden cytat z Księgi Psalmów: "Przenikasz i znasz mnie Panie, ty wiesz kiedy siadam i wstaję..., Ty utkałeœ mnie w łonie mej matki" (Ps 139); i pytanie: "Kto tu jest misjonarzem"? To już kolejny raz gdy byłem zewangelizowany
przez chłopców z ulicy.


Rozpoczyna się pieœń na wejœcie, razem
ze wszystkimi zgromadzonymi ludŸmi
podrywamy się z ławek, zaczynamy
klaskać w rytm bębnów i grzechotek, i
jak Król Dawid tańczymy na chwałę Pana,
który już za chwilę odda się nam w
Eucharystii.


©jacek r. m.afr

WsteczPlayDo przodu
WsteczPlayDo przodu
WsteczPlayDo przodu

Czeœć!
Powoli zaczynam być tu trochę zabiegany, bo wykłady już się zaczęły, a poza tym w tym tygodniu mamy jeszcze w domu dwie wielkie uroczystoœci. Wczoraj pół nocy spędziłem na krojeniu krowy.
Od przyszłego tygodnia na dobre rozpocznę moje dorywcze zajęcia. Będę miał kilka godzin nauki angielskiego w pobliskiej szkole i dwa razy w tygodniu to co kocham, czyli pracę z dzieciakami z ulicy. wszystko to trochę utrudnione przez moja nikłą znajomoœć Suahili, ale i nad tym pracuję.
A poza tym, to życie toczy się swoim tempem. Poniżej zamieszczam nr mojego konta, z którego o wiele łatwiej podjąć mi ewentualne ofiary.

PKO BP S.A. CBE "INTELIGO"
Jacek Rakowski
ul. Dworcowa 4/2
77-430 Krajenka
nr.: 50102055581111158520700097

druk wpłaty

Jeszcze raz wielkie dzięki. Trzymaj się ciepło i do spisania lub usłyszenia.
Z Bogiem
Jacek

Moi Drodzy!

Pozdrawiam Wszystkich tym razem już z Kenijskiej ziemi! Dotarłem tutaj kilka dni temu i powili próbuję się zadomowić. Póki co jest tu znacznie zimniej niż w Polsce obecnie, chociaż dziœ słońce powoli przebija się przez chmury.
Nairobi jest znacznie większym miastem od któregokolwiek z zambijskich miast, ale powoli zaczynam się już zapoznawać z okolicą. Brak znajomoœci języka jest jeszcze wielką przeszkodą w zawieraniu znajomoœci i przyjaŸni. Mam nadzieję, że niebawem zaciągnę się na jakieœ lekcje w Kiswahili, a póŸniej będzie można zająć się jakąœ konkretną pracą.
Wszystkim, z którymi miałem przyjemnoœć spotkać się podczas mojego urlopu dziekuję serdecznie za wszelkie dobre słowa, zaineresowanie i otrzymane wsparcie. Z tymi, z którymi nie udało mi się spotkać, mam nadzieję, że będzie to możliwe następnym razem. A Wszystkim, którzy nie wiedzą co robić ze sobą w zimowe wakacje, zapraszam do Nairobi! Tutaj będzie wtedy upalnie!
Podczas wakacji miałem nieco wolnego czasu i wówczas popełniłem, coœ czym chciałbym się z Wami podzielić. Mam nadzieję, że dotrwacie do końca tych opowieœci. Jeżeli uznacie to za stosowne to œmiało przesyłajcie to dalej. Idea jest taka, aby dać głos tym co go niewiele mają. Wszelkie reakcje i komentarze mile widziane.
Na koniec przepraszam was jeszcze za to, że komunikuję się z Wami poprzez taką "zbiorówkę". Sam ich nie lubię, więc mogę sobie wyobrazić co czujecie. Tym razem to tylko ze względu na załączniki, które chciałem Wam przesłać.
Pozdrawiam jeszcze raz i życzę wszystkiego dobrego w codziennych radoœciach i smutkach. Pamiętam w modlitwie i waszej pamięci się polecam.

Jacek

WsteczPlayDo przodu
WsteczPlayDo przodu

Dzieci Afryki – czy ktoœ usłyszy?

Życie w Afryce jest codzienną walką dla niemalże każdego, ale życie dziecka jest tym bardziej trudnym. WyobraŸ sobie dorastanie w œwiecie, w którym brakuje podstawowych rzeczy do życia: jedzenia, czystej wody, lekarstw, schronienia nad głową, bezpieczeństwa i nawet własnego łóżka. Ponadto, tu nie ma zabawek, nie ma lalek, nie ma piłki do grania, nie ma słodyczy; w najlepszym przypadku trzcinowa mata do spania. Szkoła, do której można by pójœć byłaby czymœ cudownym, drogą ucieczki z biedy, ale nie ma pieniędzy na opłacenie czesnego, więc siedzisz w domu i czekasz na cud, ale dla większoœci nie ma cudów, życie jest po prostu walką o przetrwanie, utrzymanie się przy życiu. Œmierć nie jest ci obcą (20% dzieci afrykańskich umiera przed osiągnięciem 6 lat). Życie jest trudne, a poza tym, większoœć œwiata jest całkowicie nieœwiadoma twojego wołania, lub któregokolwiek z afrykańskich dzieci. Ważniejsze zdają się być brudne gierki lokalnych polityków i wydarzenia w nowym telewizyjnym reality show. Dzieci z dalekiej Afryki należą do tych, którzy są pozbawieni głosu i potrzebują innych aby w ich imieniu mówili.

Dorastanie w Afryce.

Dorastanie gdziekolwiek na œwiecie przynosi swoją porcję problemów, ale dorastanie w takim miejscu jak Wschodnia czy Podzwrotnikowa Afryka jest niewyobrażalnym wysiłkiem i walką.

WyobraŸ sobie, że jesteœ afrykańskim dzieckiem…

Masz szczęœcie, że w wieku 6 lat wciąż żyjesz, wielu z twoich kolegów i rówieœników zmarło z powodu takich rzeczy jak malaria, biegunka, niedożywienie i tym podobne uleczalne (!!!) choroby. Sam fakt tego, że oboje twoi rodzice wciąż żyją jest już cudem. Œrednia długoœć życia mężczyzn w Podzwrotnikowej Afryce wynosi około 40 lat, a dla kobiet 42 lata (rzadko można spotkać pokrytą siwymi włosami głowę). Malaria jest wciąż zabójcą numer jeden, ale tuż za nią jest już AIDS. Gdziekolwiek nie pójdziesz możesz zobaczyć dowody zniszczenia jakie AIDS dokonuje. WejdŸ do jakiejkolwiek szkoły i zapytaj jak wiele spoœród dzieci ma tylko jednego z rodziców, albo nie ma już żadnego z nich, a będziesz zaszokowany. W kraju takim jak Zambia, o populacji 11 milionów ludzi, jest aż milion sierot. AIDS, cichy zabójca przetacza się przez biura, wioski, banki, szkoły i urzędy administracji państwowej. Obecnie wielu spoœród pracodawców odmawia udzielenia swoim pracownikom więcej niż jednego dnia w miesiącu na pogrzeb, ponieważ œmierć przychodzi tak często do rodziny. (Jednym z najbezpieczniejszych i pewnych zajęć jest robienie trumien -niestety nigdy nie ma problemu z kupcami).

No to jesteœ dzieckiem w Afryce, żyjącym w małej szopie, zrobionej z cegieł z błota wypalanych na słońcu, pokrytej starą blachą, która przecieka przy nawet najmniejszym deszczu. Pokój jest mały…, tak, dom ma tylko ten jeden pokój. Gdy masz wyjątkowe szczęœcie może będziesz miał dwa pokoje. Nie ma kuchni, masz kuchenkę na zewnątrz, taką na węgiel drzewny, który kosztuje około 7 US$ za worek, który niektórym wystarcza na cały miesiąc. Jeżeli nie masz pieniędzy znajdziesz gdzieœ trochę chrustu aby na nim gotować. Łazienka to małe ogrodzenie z trzciny na końcu œcieżki, dzielone przez wiele rodzin. Za wynajem takiego domu w większych miastach trzeba zapłacić od 20 do 30 US$, a znajdują się one w tych częœciach miast, które popularnie nazywamy slumsami. Wspólny dochód twoich rodziców to tylko około 70 US$. Ojciec pracuje jako nocny stróż dla bogatej rodziny, od 7 wieczorem do 7 rano. Mama wychodzi o 6:30 rano do pracy jako pomoc domowa u jakichœ białych ludzi z Europy.


WsteczPlayDo przodu
WsteczPlayDo przodu

Jesteœ dwunastoletnią dziewczynką, i teraz jesteœ sama w domu, prawie sama. Ojciec może spać przez kilka godzin, ale zaraz wyjdzie do centrum w poszukiwaniu jakiegoœ extra zajęcia i dodatkowych dochodów dla rodziny. Dlaczego nie jesteœ w szkole? No cóż, odpowiedŸ jest prosta, dziewczynka nie potrzebuje szkoły, ona musi tylko zająć się domem, znaleŸć męża kiedy jest nieco starsza, mieć dzieci, założyć rodzinę, gotować, może pracować gdzieœ jako pomoc domowa, albo w restauracji, ale po co inwestować w dziewczynę – wielu pomyœli. (W większoœci przypadków dziewczynki nie są posyłane do szkoły ze względów ekonomicznych, zazwyczaj pierworodny syn będzie tym, który zostanie wysłany do szkoły, o ile znajdą się na to pieniądze).
Twój najstarszy brat wyszedł o 7:00 rano, musiał zabrać ze sobą rolkę papieru toaletowego, bo wczoraj był już ukarany za nieposiadanie takowej. Musiał też zabrać nową miotłę do zamiatania w klasie i na boisku po lekcjach.

Szkoła jest droga. Wprawdzie szkoła podstawowa (od 1 do 7 klasy) jest w Zambii bezpłatna ale za to rodzice muszą znaleŸć pieniądze na wszystkie „inne” obowiązkowe opłaty, jak Komitet Rodzicielski, fundusz budowlany, extra to i tamto… Ponadto powszechne są „ukryte” koszty, o których nikt nie mówi. Klasy to bardzo często małe pomieszczenia wypchane ponad możliwoœci od 80 do 100 uczniami. To też miało się zmienić ale jakoœ jeszcze nie teraz. Mama musiała zapłacić nauczycielowi extra pieniądze, tak aby twój brat mógł siedzieć w jednym z pierwszych rzędów, gdzie mógłby lepiej słyszeć i lepiej się nauczyć. Trzeba też było zapłacić aby prace domowe były sprawdzone i poprawione, i jeszcze za dodatkową pomoc zwaną korepetycjami, jako przygotowanie do egzaminu w 7 klasie.

To właœnie dlatego tylko najstarszy brat chodzi do szkoły, podczas gdy pozostali włóczą się dookoła w oczekiwaniu dnia, kiedy to może któryœ z wujków lub któraœ z ciotek będą mogli dołożyć cokolwiek do ich edukacji. Bo to tak właœnie wygląda w Afryce, żadna rodzina nie może sama z siebie znaleŸć œrodków potrzebnych do wykształcenia dzieci, do tego w większoœci przypadków potrzeba połączonych sił całej „szerszej” rodziny.

Codziennie twoim zajęciem jest zatroszczenie się młodszym rodzeństwem. Zrobić pranie w dwóch plastikowych miskach, do których wodę musiałaœ wczeœniej przynieœć w pięciolitrowych baniakach. Nie tylko pranie, gotowanie też do ciebie należy. Nie musisz jednak martwić się o to jakie mięso upieczesz, bo na taki rarytas są pieniądze tylko kilka razy w miesiącu. Sklep jest zaraz za rogiem ale nie możesz tam poprosić o jakieœ œcinki czy resztki, bierzesz to co jest i to w tej samej cenie. Nie, nie musisz zawracać sobie głowy startym, twardym mięsem, które i tak całe pokryte jest muchami.

Żywe kurczaki można kupić na targu, ale są drogie i kosztują około 15 zł (5 US$). Kupuje się je tylko na specjalne okazje, i to do ciebie należy ich zabicie, oskubanie i wypatroszenie, jeżeli nie ma w pobliżu twoich braci. Głównym pożywieniem w Zambii jest Nshima, gęsta papka z mąki kukurydzianej, razem z jakimiœ ugotowanymi liœćmi fasolki lub innych warzyw. Każdego wieczoru kupujesz mleko w małym plastikowym woreczku. Sprzedawane jest w przydrożnych kioskach i jeœli uda ci się wydobyć jedno ze spodu, to może będzie jeszcze chłodne. Chleb kupujesz w tych samych kioskach, których jest pełno przy każdej drodze. Gdy robi się ciemno, małe olejne lampki oœwietlają ich stoiska.

Ryż też jest dostępny ale najpierw musisz z niego wybrać wszystkie małe kamienie, którymi jest naszpikowany, a w dodatku jest drogi. Można tez kupić ziemniaki do zjedzenia z gulaszem, który może czasami się pojawi, ale ostatecznie wszystko sprowadza się i zależy od tego ile macie w domu pieniędzy. Przyszłoœć nie wygląda dla ciebie zbyt kolorowo. Słyszysz ludzi mówiących o tym, że wszystko powoli się poprawia, ale ty jakoœ tych zmian nie możesz zauważyć. Malaria wciąż cię odwiedza regularnie, wciąż musisz uważać aby nie zachorować na biegunkę lub czająca się za rogiem cholerę, a w miarę jak stajesz się kobietą, zaczyna ujawniać się ten „ukryty” problem Afryki. Twój wujek zaczął przychodzić do ciebie i mówić o różnych rzeczach. Sugerował tez abyœ go odwiedziła i nauczyła się jak być kobietą. Tak, dla ciebie sprawy nie mają się ku lepszemu.

Byłoby miło nauczyć się pisania i czytania, ale to się może nigdy nie zdarzyć, właœciwie niewielu jest takich w twojej rodzinie, którzy to potrafią. Istnieją tylko dwie drogi do opuszczenia slumsu, w którym żyjesz. Jedna to zdobycie wykształcenia, a druga to ta, która poszła twoja ciotka Chanda – sprzedając siebie mężczyznom, białym i Hindusom, którzy mają wystarczającą iloœć pieniędzy aby mogli zabrać cię jako „swoją dziewczynę”. Ale to nie jest droga, o której uczyłaœ się w swoim koœciele, tym co jest niedaleko twojego domu, gdzie mówią o œwiętoœci, prawym życiu i o tym, że wiara w Boga pozwala patrzeć w przyszłoœć z nadzieją. Miałaœ nadzieję, wiele nadziei, modliłaœ się wiele, ale jakoœ nie widzisz tej jaœniejszej przyszłoœci; Bóg pewnie jest zajęty jakimiœ ważniejszymi sprawami w innej częœci œwiata.

Lubisz chodzić z mamą na targowisko, gdzie widzisz rzeczy na sprzedaż, nie żebyœ mogła sobie na wiele pozwolić, już dużo czasu upłynęło od dnia kiedy ostatnio dostałaœ nową sukienkę, a proszek do prania i palące słońce już dawno wypłukały z niej kolory i œwieżoœć, które kiedyœ w tam były.


Sięgasz aby się podrapać po nodze i zauważasz, że znów zadomowiło się tam kilka nowych wszy podskórnych, i najwyższy czasy aby je stamtąd wydobyć, ale ponieważ nie ma pieniędzy na doktora…, zresztą mama potrafi zrobić to całkiem nieŸle nożem.
Zabawa, (…) razem z innymi dziećmi chodziłaœ bawić się nieopodal tego miejsca gdzie mężczyŸni wspólnie piją bimber, który niektóre z kobiet przygotowały. Tam mogłaœ tańczyć do dŸwięku bębnów, razem z innymi dziewczętami. Lubiłaœ to, i każdy się dołączał, a starsi rozmawiali o tym co to wczoraj było, co dzisiaj jest i jutro będzie, wciąż wyczekując tego cudu, który pozwoliłby im wyrwać się ze slumsów.


Coœ nowego się wydarzyło o czym ostatnio słyszałaœ. Podobno jakaœ organizacja z Wielkiej Brytanii otworzyła jakieœ małe biuro na skraju slumsu i zapisywała dzieci do szkoły bez żadnych opłat. Zapewniali też mundurki szkolne, książki, transport i nawet trochę jedzenia. Wszystko byłoby płacone przez jakąœ rodzinę z daleka, nazywa się to sponsoringiem. Może, ale tylko może, była to prawda i ktoœ rzeczywiœcie troszczy się losem dziecka takiego jak ty.


Może gdzieœ jednak istnieje jakieœ inne życie, może jest jakaœ szansa, jakieœ otwarte drzwi do nadziei. Może, ktoœ rzeczywiœcie się interesuje.


Prawda jest taka, że ty i ja możemy sprawić, że coœ w życiu dzieci z Afryki zmieni się na lepsze.

Możesz tam pojechać, tak jak ja, i pracować z nimi i dla nich, albo możesz wesprzeć materialnie, którąœ z osób lub organizacji, która zrobi to w twoim imieniu. Ale jest w tym jeden haczyk. Często tylko niewielka porcja tego co ofiarowałeœ trafia do dziecka, które rzeczywiœcie tej pomocy potrzebuje. Należy więc pytać o to jak wiele z ofiarowanych przez ciebie pieniędzy jest przeznaczana na realne wsparcie „twojego dziecka”? Jak wiele z tego jest zużyte na administrację, reklamy, pozyskiwanie ofiarodawców, itp…
e-mail: jrakowski@o2.pl

Historia Bupe – jedna ze zbyt wielu podobnych.


Wystarczy przespacerować się po miejscowym targu, minąć jeden z przydrożnych hoteli lub którąœ z niezliczonych restauracyjek i barów w centrum większoœci afrykańskich miast, a nie możesz ich nie zauważyć. Zatrzymują samochody i ludzi prosząc o jakieœ pieniądze albo o pracę. Inne czyszczą buty, sprzedają woreczki mrożonej wody, kasawę z grilla, gotowaną kukurydzę, orzeszki ziemne i różne buble niewiadomego pochodzenia; lub spieszą żeby umyć szyby samochodów, które zatrzymały się na œwiatłach. Jeszcze inni błąkają się dookoła albo gromadzą w małych grupkach czekając na okazję do zrobienia czegokolwiek (dobrego lub złego).
Jak przyjrzeć im się bliżej: ich twarze pokazują zmartwienie i smutek, ich ubrania są poszarpane i brudne; inne wyglądają na głodne i cierpiące z niewyleczonych chorób lub niedożywienia. Za ich niepewnym, tropiącym wzrokiem ukrywa się pewna dojrzałoœć przekraczająca ich wiek. W nocy można ich zobaczyć skupionych grupami na rogach ulic, w bramach wejœciowych albo innych suchych i nieco ukrytych, odosobnionych zakątkach. Większoœć z nich nie rozstaje się z małą plastikową butelką z odrobiną benzyny lub kleju na dnie, lub kawałkiem materiału nasączonego tym samym. Wąchają żeby zablokować odczucie głodu, zimna i bólu; żeby nie myœleć o beznadziejnoœci sytuacji, w której się znalazły.
Skąd przychodzą? Dokąd idą? Oto historia jednego z nich.


Kiedyœ...
...moje życie było przyjemne i radosne... Pamiętam, jak przez mgłę, to wspaniałe uczucie, gdy po powrocie z pracy ojciec brał mnie w swoje ramiona i œciskając mocno mówił, że jestem jego Darem, pierworodnym, którego Wszechmogący mu dał. Pewnie stąd też moje imię pochodzi: Bupe – znaczy dosłownie dar. W ustach jeszcze czasami mam smak cukierków, które w takich dniach biegłem kupić w kiosku za rogiem.
Czy to możliwe (?), a może to jakieœ dalekie wspomnienia, któregoœ ze snów, który kiedyœ œniłem? A może to tylko efekt wdychanej od kilku godzin benzyny, która wciąż mi w głowie huczy. Zresztą, co to za różnica, to i tak nie jest już ważne. Przynajmniej nie teraz. Trzeba poszukać czegoœ do zjedzenia i jakiegoœ miejsca na noc, gdzieœ pod dachem najlepiej, bo na trawniku, tym co jest koło banku, było już
trochę za zimno zeszłej nocy. Może inni coœ znaleŸli? A jednak..., to natrętne uczucie..., że kiedyœ było inaczej, wciąż mnie dręczy.
Ktoœ..., któryœ z przechodniów zapytał niedawno, chyba wczoraj (?), ile czasu już tutaj jestem??? Czasu??? A co to za dzień dzisiaj mamy? Która w ogóle jest godzina? Wiem, że zaraz się œciemni i że chyba mamy porę zimną, bo to czuję każdej nocy. Nic mu nie odpowiedziałem. Daj co masz dać i idŸ swoją drogą! Dobry wujek się znalazł. Wielu już takich spotkałem..., już zaczniesz mieć nadzieję, a oni gdzieœ znikają..., albo
chcą abyœ zrobił to..., czy tamto... A może to znów Boże Narodzenie się zbliża?, bo wtedy jakoœ więcej ludzi się nami interesuje. Tak jak ostatnim razem, kiedy to jakiœ bogacz, czy jakaœ organizacja koœcielna (?) zabrała mnie i moich kumpli na obiad do tej dużej restauracji, co to jest przy głównej ulicy. Było nas tam chyba ze trzydziestu! Nawet telewizja była i podobno póŸniej to gdzieœ pokazywano...
No właœnie! Ile to już takich „bożychnarodzeń”? Będzie ze cztery... A co przedtem??? ... tata najpierw zaczął czuć się coraz bardziej zmęczony. Nie miał apetytu, co i rusz dorabiał nową dziurkę na pasku do spodni. To było chyba zaraz po tym, jak skończyłem trzecią klasę..., tak, bo do czwartej już nie poszedłem, zresztą nie tylko ja, moja młodsza siostra też została po wakacjach w domu. Przestał chodzić do biura, ...razem z mamą pojechał rankiem do szpitala. Wróciła już sama. Z załzawionymi oczami. I tak było przez kolejne kilka dni; rano do szpitala i powrót póŸnym wieczorem. A my musieliœmy zająć się naszym najmłodszym bratem i całym domem. Jednego z kolejnych wieczorów mama
nie wróciła na noc... Rano obudził nas przeraŸliwy lament kobiet z sąsiedztwa. Wiedziałem co to oznacza: tata już nie wróci.

Zjechała się cała rodzina. Większoœci z nich nigdy nie widziałem, a o pozostałych słyszałem kiedyœ przelotnie. To nie są sprawy dzieci – powiedzieli. Taka tradycja. ... i pojechali na cmentarz zostawiając nas w domu. A to przecież był mój tato!!!

PóŸniej doœwiadczyliœmy gorzko jeszcze innej „tradycji”, którą rodzina mojego ojca skrzętnie wykorzystała. Powiedzieli, że wszystko jest teraz ich własnoœcią, a mama, z tym co miała przed œlubem, ma wracać do swojej rodziny.
Boże..., jak ja ich nienawidzę. Nasza trójka, to było trochę ponad siły i możliwoœci mamy. Zresztą zanim się zorientowałem o co chodzi, moje spodnie i koszulki były już w jednej reklamówce. Ktoœ, kogo miałem nazywać wujkiem, trzymając mnie za rękę, powiedział, że będę z nim teraz mieszkał. A moje zeszyty do szkoły? - zapytałem. Teraz są wakacje, a póŸniej zobaczymy - odpowiedział. Bardzo brakowało mi moich rodziców, rodzeństwa i przyjaciół z sąsiedztwa. Życie u wujka, to już nie było to co u nas. Gdy skończyły się wakacje zostałem w domu, włócząc się po osiedlu. Czasami żona mojego wujka wysyłała mnie z woreczkami mrożonej wody, abym sprzedawał je ludziom na ulicy. Jak ja tęskniłem za moją rodziną!

Pewnego dnia w mieœcie usłyszałem ludzi wsiadających do autobusu. Mówili, że jadą odwiedzić kogoœ w mieœcie, w którym mieszkałem zanim... tata umarł. Długo się nie zastanawiałem, sprawdziłem ile miałem w kieszeni pieniędzy ze sprzedanej wody. W sam raz na podróż w jedną stronę. Jeszcze dziœ spotkam się z mamą – pomyœlałem. Wsiadłem tak jak stałem, nikt nie zadawał żadnych pytań; płacisz – jedziesz.
Przed wieczorem dotarłem na moje osiedle, wszyscy w sąsiedztwie mnie poznawali i pozdrawiali. Ale z jakimœ dziwnym spojrzeniem w oczach... Doszedłem do domu... ale tam już inne twarze..., ludzie, których nie znałem..., dzieci, z którymi się nigdy nie bawiłem...
Powiedzieli, że mama wyprowadziła się jakiœ czas temu, ale nie wiedzieli dokąd. Ktoœ inny wspomniał coœ o wiosce, z której pochodziła, ale tam dojœć się nie da, za daleko. Kilka dni pokręciłem się po osiedlu, razem z moimi dawnymi kumplami, ale tam nie było już miejsca dla
mnie, wszyscy mają doœć swoich problemów. Moich nie potrzebują.


No i to chyba tyle z mojej opowieœci.
PóŸniej przyszedłem tutaj, do centrum. Wiele tu ludzi robiących różne zakupy. Przez jakiœ czas miałem nadzieję, że tu łatwiej uda mi się uzbierać na bilet do mamy. Prosiłem przechodniów o pieniądze ale nikt nie wierzył w to co mówiłem. I tak już zostałem. Wygląda na to, że trochę czasu już tu jestem. To jest mój dom, to jest moje miejsce. Każdy mnie tu zna, tutaj mam przyjaciół, tutaj mam jakieœ zajęcie i trochę
pieniędzy każdego dnia.
Co będzie jutro? Pewnie to samo co dzisiaj. I tak dalej. Ale teraz to mniej ważne...
...teraz muszę znaleŸć coœ do jedzenia i miejsce do spania...
A może jeszcze kiedyœ zdarzy się jakiœ cud i ktoœ uwierzy mojej opowieœci.


Prawda jest taka, że ty i ja możemy sprawić, że coœ w życiu dzieci ulicy w Afryce zmieni się na lepsze.
Możesz tam pojechać, tak jak ja, i pracować z nimi i dla nich, albo możesz wesprzeć materialnie, którąœ z
osób lub organizacji, która zrobi to w twoim imieniu. Ale jest w tym jeden haczyk. Często tylko niewielka
porcja tego co ofiarowałaœ/eœ trafia do dziecka, które rzeczywiœcie tej pomocy potrzebuje. Należy więc
pytać o to jak wiele z ofiarowanych przez ciebie pieniędzy jest przeznaczana na realne wsparcie „twojego
dziecka”? Jak wiele z tego jest zużyte na administrację, reklamy, pozyskiwanie ofiarodawców, itp…


Tekst i zdjęcia: Jacek Rakowski M.Afr.; e-mail: jrakowski@o2.pl

Pozdrowienia z Kitwe!



Już trochę czasu upłynęło od mojego ostatniego maila, więc i trochę rzeczy się tu w Kitwe wydarzyło, o których może by warto wspomnieć. Właœnie skończyły się wakacje i rozpoczęliœmy trzeci i ostatni semestr tego roku szkolnego. Od kilku miesięcy jestem znacznie bardziej zaangażowany w życie szkolne, bo jak już kiedyœ tam wspominałem, tak się jakoœ złożyło, że stałem się "dyrektorem" naszej szkoły przyparafialnej.

Według ostatnich statystyk ONZ (UNDP) w Zambii 48% społeczeństwa jest w wieku poniżej 15 lat! Wobec takiej iloœci dzieci system edukacyjny stał się niewydolny. Do tego dochodzą problemy finansowe tego jednego z biedniejszych krajów œwiata. Jako odpowiedŸ na tą sytuację powstało tu coœ co nazywa się systemem szkół społecznych (community schools): są to szkoły organizowane przez lokalną społecznoœć, gdzie nauczycielami są wolontariusze, absolwenci szkół œrednich. Nie ma tam wymogu mundurków szkolnych (na które w szkołach publicznych wielu nie może sobie pozwolić) i z reguły nie ma też żadnych opłat lub tylko jakieœ minimalne (w naszej szkole opłata za semestr wynosi 5.000 Kwacha {1US$} a i tak ponad połowa uczniów nie może sprostać tym wymaganiom), także reguły dotyczące wieku uczniów nie są aż tak wymagające jak w szkołach państwowych. Zapewniają one edukację na poziomie szkoły podstawowej. Dodatkowa zaletą szkół społecznych jest fakt, że nauczyciele, będąc wolontariuszami, nie strajkują, co jest plagą zambijskich szkół publicznych. W rezultacie tego community schools cieszą się całkiem sporą popularnoœcią. W naszej szkole mamy 420 uczniów w 10 klasach (7 klas szkoły podstawowej i 3 klasy szkoły "radiowej", w której dzieci pod nadzorem nauczyciela słuchają lekcji transmitowanej przez zambijskie radio).

Oczywiœcie w życiu nie ma nic za darmo, więc skoro dzieci nie płacą (lub plącą niewiele) pieniądze na codzienne prowadzenie szkoły muszą znaleŸć się gdzie indziej. I to właœnie stało się ostatnio jednym z moich ważniejszych zajęć.

Wprawdzie nauczyciele (mamy ich 7 w naszej szkole) są wolontariuszami, ale i oni maja swoje rodziny, które muszą jakoœ utrzymać, płacimy im więc jakieœ "kieszonkowe" w wysokoœci 17US$ miesięcznie. W minionym semestrze byliœmy szczęœciarzami, bo udało nam się pozyskać nieco funduszy z rożnych Ÿródeł: z Ministerstwa Edukacji, od jednej z lokalnych organizacji pozarządowych i od rożnych dobrodziejów. Dzięki temu póki co nie musimy martwić się o zapasy kredy, mogliœmy zakupić kilkanaœcie podręczników, 10 atlasów geograficznych i 10 słowników języka angielskiego. Dodatkowo każdy z uczniów otrzymał dwa zeszyty i ołówek lub długopis (całkiem spora liczba naszych uczniów ma problemy z zakupieniem tych podstawowych rzeczy), a ci którzy mieli najlepsze wyniki w minionym semestrze dostali skromne nagrody (koszule lub spodnie/sukienki). W budżecie mam jeszcze zaplanowane pieniądze na kilka piłek i siatkę do siatkówki, bo chcemy zrobić na terenie szkolnym (przykoœcielnym) małe boisko "wielofunkcyjne".

Jesteœmy w trakcie budowania drugiej toalety, bo ta którą dotychczas używaliœmy już nie wystarcza na taką iloœć uczniów.

Przynajmniej o rachunki za prąd i wodę nie musimy się martwić, bo ani bieżącej wody ani elektrycznoœci nie mamy:). Marzy nam się jednak jeszcze zakup bardziej przyzwoitych ławek szkolnych, bo te które teraz mamy nie wystarczają dla wszystkich uczniów i wielu z nich musi pisać na kolanie lub na ziemi. Niestety na ten luksus będziemy musieli jeszcze trochę poczekać, bo pieniądze się już skończyły. Potrzebujemy jakieœ 30 trzyosobowych ławek, a jedna kosztuje 55.000 Kwacza (12US$). Mamy nadzieję, że jakoœ to będzie.

I w taki właœnie sposób praca w szkolnej administracji znacznie ogranicza mój wolny czas, a do tego dochodzi jeszcze uczenie. W tym semestrze oprócz lekcji Wychowania Religijnego będę miał dodatkowo lekcje angielskiego z najstarszą grupą dzieci, które przygotowują się do pisania państwowego egzaminu (po jego zdaniu mogą iœć do szkoły œredniej, jeżeli stać ich na zapłacenie czesnego).

Przez moje zaangażowanie w szkole mam teraz znacznie mniej czasu, który mógłbym spędzić "na ulicy". Od czasu do czasu wybieram się z chłopakami na jakiœ obiadek, a także przynajmniej raz w tygodniu mam dyżur w "Cibusa Home" gdzie oprócz grania z chłopakami w piłkę mam też wystarczająco czasu żeby z nimi rozmawiać na różne tematy, które ich nurtują. A tych jest całkiem sporo, bo tutejsze dzieci od europejskich różnią się przede wszystkim kolorem skóry. Wszystkie mają jednak te same troski, zmartwienia, nadzieje i marzenia wieku dojrzewania. Z tą tylko różnicą, że tutaj większoœć z tych tęsknot pozostanie niespełniona. Dla większoœci z tutejszej młodzieży skończenie szkoły œredniej będzie wielkim sukcesem. O studiach tylko nieliczni mogą pomyœleć, a po skończonej szkole szczytem osiągnięć staje się znalezienie jakiejkolwiek pracy. Ale marzenia wciąż pozostają.

No i to chyba tyle z tego co się u mnie w Kitwe dzieje. Zdrowie mi dopisuje, więc jedyne co mi pozostaje, to zabrać się z nowymi siłami do pracy w nowym semestrze. Na początku paŸdziernika przyjdzie czas na moje "wakacje". Będę miał dwa tygodnie wolnego aby na nowo siły zregenerować.

Ciekaw jestem też co się po drugiej stronie łącz dziej, więc odpowiedŸ na ten mail będzie oczekiwana i mile widziana.

Pamiętam w modlitwie i modlitwie się polecam.



Z Bogiem,



Jacek

WsteczPlayDo przodu



Czeœć!



Już trochę czasu upłynęło od mojego ostatniego listu pomyœlałem więc, że warto by coœ napisać. (...) Wielkie dzięki nie tylko ode mnie ale i od chłopaków, co na zdjęciach widać. Dzięki (...) pomocy i jedzenie i strzyżenie możliwe było! Prosili abym (...) powiedział: "Lesa amupale!", co znaczy "Niech ci Bóg błogosławi".



Od mojego ostatniego listu wiele się u nas wydarzyło. Czas tak szybko upływa, że nie wiem nawet kiedy tydzień za tygodniem mija. Miniony miesiąc był naznaczony raczej niemiłymi i trudnymi wydarzeniami, które dla mnie były Ÿródłem wzmożonej pracy.



Zaczęło się od artykułu w jednej z gazet, w którym to jeden z "zatroskanych obywateli" skarżył się na "tsunami" jakim są w Zambii dzieci ulicy. Skarga była skierowana do policji, więc ta, aby pokazać, że coœ się z tym "tsunami" robi zaczęła aresztować chłopaków w nocy, pod zarzutem włóczęgostwa. W ciągu trzech dni aresztowano około 50 chłopaków! Najmłodszy miał 11 lat, najstarszy 17. Z tego też powodu kilka dni spędziłem w areszcie donosząc chłopakom jedzenie i wodę, oraz negocjując z policją dalszy rozwój sytuacji.

Długo by to wszystko opisywać. Nawet sama Minister od sportu i młodzieży przyjechała do nas z Lusaki, a rezultat wszystkiego był taki jak razem z kilkoma innymi zaangażowanymi w tę prace przepowiadaliœmy: po pięciu dniach spędzonych w areszcie i tygodniu w oœrodku dla "street children" (gdzie znaleŸli się wbrew ich woli) niemalże wszyscy chłopacy są na powrót na ulicy.



Ledwo się te problemy skończyły, a jeden z chłopaków zachorował. Skarżył się, że go udo i poœladek swędzi i nawet kuleć zaczął, więc poszedłem z nim do lekarza. Po zbadaniu okazało się, że ma jedną z chorób wenerycznych! Nie byłoby w tym nic dziwnego (tego rodzaju choroby są tu doœć powszechne, a szczególnie wœród młodzieży żyjącej na ulicy), gdyby nie fakt, ze ma on tylko 12 lat!

Po dłuższej rozmowie prawda wyszła na jaw i okazało się, że został zmuszony do współżycia przez dwie starsze dziewczyny (16 i 17 lat, o których wiem, że są także HIV pozytywne) - to taki swoisty sposób "inicjacji" nowych chłopaków na ulicy (dziœ zgłosił się do mnie inny chłopak z tym samym problemem, jest nieco starszy, ma 13 lat).



Pamiętasz Lucky, chłopca, który jest na ostatnim zdjęciu z mojego pierwszego litu? Otóż Lacky, jakiœ miesiąc temu, wraz z innym chłopaczkiem (Cisoni) uciekł z oœrodka. Po tygodniu pobytu na ulicy pobili się o sandały. Wynik walki był raczej drastyczny dla niego, albowiem Cisoni miał akurat pod ręką potłuczoną butelkę po piwie i nie omieszkał jej użyć! Rezultat był taki, jak na załączonych zdjęciach widać: Lucky - z wielką szramą pod okiem; Cisoni - w areszcie.

Po pięciu dniach w areszcie Cisoni został zwolniony (A odbyło się to tak, że gdy w niedzielę przyniosłem mu jedzenie, oficer dyżurny powiedział: Możesz go zabrać. Zabrałem więc go na ulice i tam został). Dziœ oboje są na nowo nierozłącznymi kompanami.



W międzyczasie, zupełnie niespodziewanie, zostałem mianowany dyrektorem naszej przyparafialnej szkoły, więc i obowiązków mi przybyło. Do tego dochodzą zwykłe lekcje dwa razy w tygodniu, oraz w piątki dwie godziny w naszym centrum dla młodzieży, gdzie uczę czegoœ co nazywa się "Wartoœci chrzeœcijańskie". Jestem też w trakcie pisania krótkiego artykułu, w którym chciałbym nieco przybliżyć całe zjawisko "dzieci ulicy". Większoœć jest już skończona. (...)

Na brak pracy nie narzekam ale też się nie uskarżam, bo nie na wakacje tu przyjechałem, a do roboty. Przyznam jednak szczerze, że zaczynam już odliczać czas, który dzieli mnie od urlopu w kraju w maju przyszłego roku. To już tylko 11 miesięcy:-)!



Całkiem sporo smutnych wiadomoœci dziœ opisałem, więc żeby nie było, że wszystko takie trudne i beznadziejne jest (bo nie jest) przesyłam też kilka zdjęć z naszego oœrodka, gdzie chłopcy na nowo uczą się co to znaczy żyć w rodzinie i w miarę normalnym œrodowisku.



Pozdrawiam serdecznie jeszcze raz za wszystko dziękując. Dzięki mojemu adresowi na tej stronie udało mi się odnowić kilka dawnych przyjaŸni. Tego nie można przecenić.

Powodzenia w misji i w zgłębianiu tajników teologii. Trzymaj się ciepło i blisko Pana.

Jak chłopcy powiedzieli: Lesa amupale!



Z Bogiem,

Jacek

WsteczPlayDo przodu
WsteczPlayDo przodu

Wednesday, May 11, 2005 10:27 AM

Czeœć!
Dzięki wielkie za wszelka pomoc. Odwiedzałem przedwczoraj stronę Ciechocinka i ze zdziwieniem zobaczyłem tam moja gębę! Wysłałem już podziękowania Sylwkowi. Ja też myœlę, że to dobry pomysł i wielka pomoc dla mnie i moich dzieciaków, których wciąż przybywa. Zbieram właœnie siły i materiały do jakiejœ akcji uœwiadamiającej, bo tu panuje powszechne znieczulenie i ignorancja zarówno ze strony społeczeństwa jak i polityków. Wybieram się dziœ do urzędu miasta, żeby żebrać jakiekolwiek dokumenty z zambijskiego prawa, które odnoszą się do dzieci. Na tym będę próbował coœ zrobić. Zobaczymy co z tego wyjdzie.
Œwietnie, ze te nowe zdjęcia tam wkleiłeœ. (...) A wklejenie nr konta tez chciałem ci zaproponować ale nie chciałem nadużywać twojej dobroci. Dzięki wiec serdeczne.
U ciebie coraz cieplej a u nas coraz zimniej, chociaż temperatury mamy takie same (tzn. w nocy). W nocy temperatura spada tu nawet do 4 stopni, co jest prawdziwą zimą. Coraz więcej dzieciaków jest przeziębionych i ma grypę, wiec ostatnio rozdaje coraz więcej lekarstw (panadol, paracetamol).
(...)
Dziekuje jeszcze raz za wszystko, pozdrawiam i zycze wszystkiego dobrego.
Z Bogiem.
Jacek.

Pozdrowienia dla wszystkich i każdego z osobna.
Ostatnimi dniami miałem w swoim otoczeniu jednego fotografa, który towarzyszył mi do kilku miejsc Kitwe. Przesyłam tych kilka zdjęć, jako relacje z tego co się tu u nas dzieje w Kitwe.
Jacek.




Zachęcam zatem wszystkich ludzi dobrej woli i tych, których na to stać do pomocy Jackowi i jego podopiecznym. Można to uczynić wpłacając nawet niewielkie kwoty na konto, które podaję poniżej z dopiskiem "dla dzieci z ulic Kitwe (Jacek)"

Oto Konto:

PKO BP S.A. CBE "INTELIGO"
Jacek Rakowski
ul. Dworcowa 4/2
77-430 Krajenka
nr.: 50102055581111158520700097





Kitwe, 10.04.2005



Jacek Rakowski











Pozdrowienia i trochę historii.



To już półtora roku od czasu gdy pierwszy raz postawiłem nogę na afrykanskiej ziemi. Krajem mojego przeznaczenia na tym ogromnym i różnorodnym kontynencie okazała się Zambia. I stąd właœnie wszystkich serdecznie i gorąco pozdrawiam.

Po przyjeŸdzie do Zambii w sierpniu 2003 roku, pierwszy rok spędziłem na północy kraju w mieœcie Kasama, gdzie poznawałem lokalną kulturę, ludzi i obyczaje, które są tak różne od wszystkiego co dotychczas znałem. Będąc tam, dużą częœć mojego czasu spędzałem pracując w szkole dla niepełnosprawnych dzieci. Przez dwa miesiące miałem też przywilej uczenia angielskiego i religii w szkole dla niewidomych.

W lipcu minionego roku, aby odnowić moje pozwolenie na pracę, zgodnie z tutejszym prawem musiałem opóœcić Zambię na krótki czas. W taki oto sposób znalazłem się w sąsiednim Malawi, gdzie pracowałem w szpitalu i oœrodku dla niedożywionych dzieci, prowadzonych przez siostry karmelitanki z Hiszpanii. Pozostały wolny czas spędzałem na nauce i zabawach z dzićmi z przyszpitalnego sierocińca.

Po powrocie do Zambii w końcu wrzeœnia zeszłego roku, udałem się na kurs języka Cibemba, który zajął mi aż trzy miesiące. Dzięki znajomoœci lokalnego języka (aczkolwiek tylko jako takiej) znacznie łatwiej i lepiej mogę się teraz pozrozumieć z tymi, z którymi przyszło mi być.





Obecnie.



Na dwa dni przed Wigilią Bożego Narodzenia 2004 roku przyjechałem do Kitwe, gdzie zgodnie z planem zostanę aż do Wielkanocy 2006 roku. Kitwe jest drugim co do wielkoœci (zaraz po Lusace – stolicy kraju) miastem Zambii z okolo 900 tys. mieszkańców. Jest też najbardziej uprzemysłowionym miastem, bo to właœnie tutaj znajdują się największe złoża zambijskiego bogactwa – miedzi.

Zamieszkałem tutaj we wspólnocie Ojców Białych – Misjonarzy Afryki. Jest nas razem trzech z trzech różnych krajów: o. Piet z Hollandii, o. Fritz z Niemiec i moja skromna osoba z Polski. Mieszkamy w małym domku w Kawama Copmpound, które jest jednym z biedniejszych (lecz jeszcze nie najbiedniejszym) spoœród wielu osiedli rozsianych dookoła centrum miasta.





Zambia.



Zambia jest 2,3 raza większa od Polski ale mieszka tu niewiele ponad 11 milionow ludzi. Dlategoteż przestrzenie pomiędzy miastami (których i tak jest tu niewiele) są raczej ogromne. Przyznam się, że w czasie mojej pierwszej podróży z Lusaki do Kasamy (900 km) byłem nieco przygnębiony monotonią krajobrazu, albowiem z głównej drogi nie widać nic poza buszem i kilkoma nieciekawymi wioskami. Z biegiem czasu, w miarę jak przemieszczałem się po różnych częœciach Zambi, doœwiadczyłem i przekonałem się, że jest to piękny kraj, obfity w przeróżne miejsca warte zobaczenia. To tutaj znajdują się przesławne Wodospady Victoria i przepiękne Jezioro Tanganika, a po całym kraju rozsianych jest mnóstwo parków narodowych, które każdego roku przyciągają coraz to więcej turystów z całego œwiata.

W sierpniu zeszłego roku Zambia œwiętowała 40 lecie uzyskania niepodłegłoœci. Był to powód do wielkiej radoœci, przede wszystkim dlatego, że jako jedno z nielicznych krajów afrykanskich, przez cały ten okres nie było tu żadnego konfliktu zbrojnego, żadnych masakr czy ludobójstwa. Zambijczycy to rzeczywiœcie ludzie miłujący pokój.

Niestety atmosfera radoœci i celebracji przyćmiona była otaczającą nas tutaj rzeczywistoœcią i codziennym doœwiadczeniem przeciętnego Zambijczyka. Oficjalnie w Zambii jest 70% bezrobocia, więc łatwo sobie wyobrazić jak trudno jest tu przetrwać. Na dodatek mamy tu 20% HIV/AIDS pozytywnych. W sąsiedztwie, do którego domu się nie wejdzie spotka się kogoœ chorego na AIDS. 20% jest infected ale znacznie więcej ludzi jest afected przez HIV. Kilka dni temu usłyszałem w zambijskiej telewizji, że na dzien obecny w naszej prowincji mamy aż 29,4% ludzi zarażonych HIV/AIDS.





Moja parafia „na ulicy”.



Oficjalne statystyki z 2001 roku podają, że w Zambii jest 600.000 sierot (przy czym populacja kraju to około 10 mln!). Bieda (80% ludzi ma na dzienne utrzymanie mniej niz 1 US$), œmierć rodziców i opiekunów i brak jakiejkolwiek nadzieji na lepsze jutro wypycha coraz więcej dzieci na ulice, bo najczęœciej tam mogą znaleŸć (o zgrozo) o wiele lepsze życie. Kilka dni temu zapytałem jednego z chłopców, który był nowy na ulicy (ma 11 lat) dlaczego przyszedł do miasta (pieszo sam zrobił ponad 70 km), odpowiedział: tu (na ulicy) mam pieniądze i lepsze jedzenie!

W taki oto sposób znalazłem siebie pracującego w takiej nietypowej parafii „na ulicy”. Spędzam tam niemalże każde popołudnie i po trzech miesiącach znam osobiœcie większoœć moich „parafian”. Jest ich tutaj około 200, a 95% z nich to chłopcy w wieku od 10 do 17 lat. Kilku z nich możecie zobaczyć na załączonych zdjęciach. Przez te kilka miesięcy mam już niejakie sukcesy: dziewięciu z nich powróciło do rodziny lub znajdują sie w oœrodku rehabilitacyjnym. Niestety ich miejsce na ulicy zajęli już nowi w jeszcze większej liczbie.

W miarę jak poznaję ich historie i rodziny, to muszę przyznać, że się nie dziwię, że wybierają życie na ulicy. Gdybym był w ich sytuacji prawdopodobnie zrobiłbym to samo. Dla wielu z nich nie ma jak narazie, żednej nadzieji na powrót do rodziny, więc staram się w jakikolwiek sposob pomoc im na ulicy. Czasami jest to zwykle kupienie kawałka chleba (jeden bochenek to 0.50 US$) lub tutejszego przysmaku: nshima z kurczakiem (0.80 US$). Czasami tylko opatruję jakieœ małe zranienia lub płacę za mycie i pranie rzeczy (około 0.20 US$).

Największe wydatki zaczynają się wtedy gdy staram się znaleŸć ich rodziców lub krewnych, z którymi mogliby zamieszkać, albowiem ostatecznym celem mojej pracy jest umieszczenie ich na powrót w rodzinie i w szkole. Nowoczesna technologia i tutaj zawitała, więc za pomoca telefonu komórkowego można porozumieć się z wieloma bardzo odległymi miejscami tego ogromnego kraju. Niestety rozmowy telefoniczne są tu wciąż bardzo drogie. Jedna rozmowa to przynajmniej 2 US$, a żeby odnaleŸć krewnych lub wyjaœnić sytuację jednego dziecka trzeba wykonać przynajmnie pięć takich rozmów.

Nie wszystko jednak sprowadza się do pieniędzy. Jedną z większych batalii stoczyłem ze Strażnikami Miejskimi, którzy chcieli rozwiazać problem street children poprzez bicie i przemoc. Kilka razy słyszałem od chłopaków, że BaCouncil (tak nazywają Strażników) biją ich i wieczorami zanużają ich w ubraniach w wodzie tak żeby w nocy było im zimno (!!!). Uzbrojony w wydruki Konstytucji Zambii i Deklaracji Praw Dziecka wybrałem się do BaCouncil. Jedno jest pewne: przyjaciół wielu wœród strażników miejskich nie mam ale zato jestem znany w ich kręgach (gdy idę po ulicy to pokazują mnie sobie nawzajem palcami) i jak narazie trochę się powstrzymują w swoich zapędach „wychowawczych”.

Tym czego tu najbardziej brakuje, szczególnie „dzieciom ulicy”, a co staram się im przywrócić, to ludzka godnoœć, nadzieja i wiara w to, że przyszłoœć istnieje i może być lepsza, jeœli razem tego pragniemy.





Zakończenie i proœba.



W taki oto sposób życie upływa mi tu bardzo szybko. Czasami się dziwię, że kolejny miesiąc minął. Zdrowie jak do tej pory, dzięki Bogu, wspaniale mi dopisuje, mogę więc z całym „pędem” rzucić się w wir pracy, której tu nie brakuje. Czasami jednak ogrom otaczającej biedy i niezmiernych potrzeb przygniata mnie nieco, a nadzieja na lepsze jutro dla moich „ulicznych parafian” zdaje się wygasać. Potrzebuję więc Waszego wsparcia w modlitwie i za pomoca tego listu o to właœnie Was proszę.

Nie ukrywam też, że materialne wsparcie mojej pracy bardzo by mi się przydało, tym bardziej, że jak do tej pory, jednynymi Ÿródłami finansowania tejże jest moje kieszonkowe (60 US$ miesięcznie) i pomoc, którą otrzymuję od mojej rodziny. Zwracam się więc z proœbą do wszystkich ludzi dobrej woli: żadna ofiara nie jest zbyt mała i stosunkowo niewielkim nakładem materialnym można przywrócić przyszłoœć dzieciom z ulicy. Ze swej strony gwarantuję, że każda ofiarowana przez Was złotówka trafi bezpoœrednio do tych, dla których jest przeznaczona. Z góry za wszytskie ofiary dziękuję w imieniu swoim i dzieci z ulic Kitwe.

Trwamy wciąż w Okresie Wielkanocnym, więc na zakończenie pragnę złożyć Wam wszystkim moje serdeczne życzenia. Niech Zmartwychwstały Jesus będzie dla Was Ÿródłem radoœci i nadzieji.

Z wyrazami wdzięcznoœci, szacunku i z pamięcią w modlitwie pozostaje,









Jacek Rakowski

Pozdrowienia z ulic Kitwe!



Duża częœć mojej pracy z chłopcami polega na zwykłym zdobyciu ich zaufania.


żebranie i pilnowanie samochodów na parkingach to najpopularniejsze sposoby zdobycia potrzebnych pieniędzy.


Chansa (12 lat) jest jedną ze stosunkowo niewielu dziewczyn żyjących na ulicy.


Najbezpieczniej jest odpoczywać w ciągu dnia........,

a pozowanie do zdjęcia to zawsze wielka frajda.


Mpundu (16 lat), jak większoœć chłopców z ulicy wącha klej aby zapomnieć o nędzy i trudach swego życia.


Lincoln (14 lat) – mieszka z rodzicami w Kitwe ale w domu i tak nie ma żadnego zajęcia ani nic do jedzenia, więc cały tydzien spędza na ulicy i tylko na niedziele wraca do domu.


Ktoœ zostawił niedokończony obiad w pobliskim barze – będzie co jeœć!


Lucky (14 lat) – babcia, z którą mieszkał po œmierci rodziców, zmarła w maju zeszłego roku. Od tego czasu mieszkał na ulicy, bo nie miał się gdzie podziać. Znaliœmy się od jakiegoœ miesiąca, gdy pewnej soboty zobaczyłem go leżącego na ulicy, wydawało sie, że odpoczywa. Gdy podszedłem żeby to sprawdzić okazało się, że jest nieprzytomny. Lekarz w pobliskiej przychodni stwierdził, że to „przedawkowanie” kleju! Gdyby został tam (na ulicy) kilka godzin dłużej stracilibyœmy go na zawsze.

Po kilku dniach spedzonych na detoksykacji w szpitalu trafił do oœrodka rehabilitacyjnego. To było miesiąc temu.

Teraz na nowo potrafi się œmiać i z nadzieją czeka na rodzinę która by go przyjęła.


WsteczPlayDo przodu

Początek | 10.05.28 70. r. bitwy o Narvik | 10.05.27 Polacy w Hakvik | Latami | Inne | Różnosci | MSF | Mapa witryny


Polska, Norwegia i gdzie nogi poniosą i oczy zobaczą... | admin@jtetzlaff.com

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego