Menu główne:
Latami > 2005
W każdym miesiącu odwiedza się Wschodni Finnmark. To parafia należąca, co prawda do Hammerfestu, ale łatwiej jest dolecieć tam z Tromsoe niż dojechać samochodem z Hammerfestu. W marcu, ze względu na Œwięta Wielkanocne wizyta przesunięta była o jeden tydzień póŸniej. Zaczęło się ciekawie od samego początku. Samolot miał problemy z lądowaniem ze względu na silny wiatr, ale do tego byłem już przyzwyczajony. Trochę poczęsło i wylądował z pół godzinnym opóŸnieniem - do tego tez trzeba się przyzwyczaić, nawet jak jest ładna pogoda to samoloty Wideroee nie startują i nie lądują o czasie. Na lotnisku miał czekać na mnie Delfin, ale okazało się, że go nie ma. Może nie mógł czekać pół godziny więc zadzwoniłem do niego, ale... nikt nie odebrał ani w domu, ani komórki. Trochę się zaniepokoiłem. Zadzwoniłem więc do Polly, która opiekuje się kaplicą w Bjoernevatn i organizuje transport z i do lotniska. Ona też była zdziwiona. Wkrótce okazało się, że Delfinowi nagle rozchorowało się dziecko i pojechali do szpitala, a komórka się rozładowała, co często bywa w podbramkowych sytuacjach. Została więc taksówka. Podjechałem do Kirkenes do kwiaciarni i kupiłem palmy, takie same jak w Polsce, przecież to Niedziela Palmowa. O 17.00 miała być katecheza przed I Komunią œw. Jest cały jeden kandydat, ale jak się okazało całą rodziną są na hycie (domek letniskowy) i przyjechali dopiero o 17.30. O 18.00 Msza œw.
Następnego dnia wyjazd. Pogoda nie najgorsza, tylko 4 stopnie mrozu, trochę wieje. Droga całkiem niezła, miejscami widać nawet trochę asfaltu. W górach jednak nie jest już tak wesoło, wieje więcej i robią się zaspy, ale z prędkoœcią 80-100 km na godzinę da się je pokonać. Dojechałem na czas do Varangerbotn, pierwsza stacja. Podjechałem po klucz do Samfunnshuset i zostałem poczęstowany kawą i ciastem czekoladowym, dowiedziałem się jednak, że moja "gospodyni" musi iœć do pracy i na Mszę œw. niestety nie przyjdzie. No cóż, siła wyższa. Pojechałem więc otworzyć salę i przygotować wszystko. No ale małe rozczarowanie nikt nie przyszedł. Poczekałem jeszcze dwadzieœcia minut, zwinąłem wszystko i w drogę dalej. W Neseby zauważyłem małe stadko reniferów i trochę się im poprzyglądałem (zobacz wyniki przyglądania się niżej). Dalej pojechałem do Vadsoe, tam zrobiłem sobie mały przystanek by coœ zjeœć i napić się kawy, no i by ruszyć dalej w drogę. Ale ta droga wcale nie była taka prosta. Wiał bardzo silny wiatr, chwilami padał œnieg. Był moment, że już myœlałem by zawrócić, zaczęły się bowiem robić niezłe zaspy i nie było prawie nic widać, bałem się, jak będzie wyglądać droga powrotna.
















Jednak udało mi się dojechać szczęœliwie do Vardoe. Na Mszę przyszło czworo protestantów, luteran z pastorem na czele, który zbierał wiadomoœci do lokalnej, koœcielnej gazetki. Mam nadzieję, że przyœle mi jeden chociaż egzemplarz. Po Mszy œw. kilka chwil rozmowy i ruszam w drogę powrotną. Nawet udało mi się dojechać do Vadsoe o zwykłej porze. Nocleg, poprzedzony pyszną kolacją, w goœcinnym domy Lurdes i Ernesto.
Niedziela Palmowa. Można wyspać się do "bólu". Pobudka dopiero o 9.00 i to po cichu by nie zbudzić domowników. Pół godziny póŸniej œniadanko i wyjazd do lokalu Frelsesarmeen (Armii Zbawienia). Tam krzątał się już jak zwykle pan, który otwiera lokal, akurat odœnieżał. Kilka słów o pogodzie i o Œwiętach. Przygotowuje wszystko do Mszy œw. i ciekawy jestem czy ktoœ jeszcze oprócz Lurdes i Ernesto przyjdzie. Ku mojemu zaskoczeniu i radoœci przyszło ponad dwadzieœcia osób. Nawet dwie nowe osoby. Lurdes przyniosła tradycyjne filipińskie palmy i obdzieliła nimi zebranych. Po Mszy œw. chwila rozmowy, szczególnie z tymi, których spotkałem pierwszy raz, wspólne zdjęcie z rodziną z Kolumbii. Trzeba posprzątać i ruszać w drogę.
Pogoda nie najgorsza, tylko ten wiatr i zaspy, ale poszło całkiem nieŸle i wróciłem do Bjoernevatn o przyzwoitej porze. O 17.00 Msza œw. Tutaj też miła niespodzianka, przyszło ponad trzydzieœci osób. Po Mszy œw. kawa, trochę się przeciągnęła, ale to nic. Mrozu prawie nie ma, więc wojna na œnieżki jest jak najbardziej wskazana. O mały włos nieŸle bym oberwał. Jeszcze obiadokolacja i wiadomoœci norweskie, a w nich informacja o zagrożeniu powodziowym w Polsce.
Poniedziałek to trochę dzień odpoczynku. Wybrałem się na wycieczkę drogą wzdłuż granicy norwesko-rosyjskiej. Słoneczko chwilami oœlepiało, ale miło, że jest. Œniegu dużo, chciałem nawet wypożyczyć skuter œnieżny, ale niestety się spóŸniłem, nie było już ani jednego wolnego. Szkoda. O 17.00 miała być katecheza, ale znowu spóŸnienie. Oj! w Polsce by to nie przeszło, a tutaj? Cóż zrobić, jak spóŸnia się 100% uczniów?
O 18.00 Msza œw. i Mia odwozi mnie na lotnisko. O 21.00 jestem spowrotem w Tromsoe.
Podmenu