Jan Tetzlaff MSF Strona prywatna


Idź do spisu treści

Menu główne:


18-21.03.05 Kirkenes

Latami > 2005

W każdym miesiącu odwiedza się Wschodni Finnmark. To parafia należąca, co prawda do Hammerfestu, ale łatwiej jest dolecieć tam z Tromsoe niż dojechać samochodem z Hammerfestu. W marcu, ze względu na Święta Wielkanocne wizyta przesunięta była o jeden tydzień później. Zaczęło się ciekawie od samego początku. Samolot miał problemy z lądowaniem ze względu na silny wiatr, ale do tego byłem już przyzwyczajony. Trochę poczęsło i wylądował z pół godzinnym opóźnieniem - do tego tez trzeba się przyzwyczaić, nawet jak jest ładna pogoda to samoloty Wideroee nie startują i nie lądują o czasie. Na lotnisku miał czekać na mnie Delfin, ale okazało się, że go nie ma. Może nie mógł czekać pół godziny więc zadzwoniłem do niego, ale... nikt nie odebrał ani w domu, ani komórki. Trochę się zaniepokoiłem. Zadzwoniłem więc do Polly, która opiekuje się kaplicą w Bjoernevatn i organizuje transport z i do lotniska. Ona też była zdziwiona. Wkrótce okazało się, że Delfinowi nagle rozchorowało się dziecko i pojechali do szpitala, a komórka się rozładowała, co często bywa w podbramkowych sytuacjach. Została więc taksówka. Podjechałem do Kirkenes do kwiaciarni i kupiłem palmy, takie same jak w Polsce, przecież to Niedziela Palmowa. O 17.00 miała być katecheza przed I Komunią św. Jest cały jeden kandydat, ale jak się okazało całą rodziną są na hycie (domek letniskowy) i przyjechali dopiero o 17.30. O 18.00 Msza św.

Następnego dnia wyjazd. Pogoda nie najgorsza, tylko 4 stopnie mrozu, trochę wieje. Droga całkiem niezła, miejscami widać nawet trochę asfaltu. W górach jednak nie jest już tak wesoło, wieje więcej i robią się zaspy, ale z prędkością 80-100 km na godzinę da się je pokonać. Dojechałem na czas do Varangerbotn, pierwsza stacja. Podjechałem po klucz do Samfunnshuset i zostałem poczęstowany kawą i ciastem czekoladowym, dowiedziałem się jednak, że moja "gospodyni" musi iść do pracy i na Mszę św. niestety nie przyjdzie. No cóż, siła wyższa. Pojechałem więc otworzyć salę i przygotować wszystko. No ale małe rozczarowanie nikt nie przyszedł. Poczekałem jeszcze dwadzieścia minut, zwinąłem wszystko i w drogę dalej. W Neseby zauważyłem małe stadko reniferów i trochę się im poprzyglądałem (zobacz wyniki przyglądania się niżej). Dalej pojechałem do Vadsoe, tam zrobiłem sobie mały przystanek by coś zjeść i napić się kawy, no i by ruszyć dalej w drogę. Ale ta droga wcale nie była taka prosta. Wiał bardzo silny wiatr, chwilami padał śnieg. Był moment, że już myślałem by zawrócić, zaczęły się bowiem robić niezłe zaspy i nie było prawie nic widać, bałem się, jak będzie wyglądać droga powrotna.

WsteczPlayDo przodu
WsteczPlayDo przodu
WsteczPlayDo przodu
WsteczPlayDo przodu

Jednak udało mi się dojechać szczęśliwie do Vardoe. Na Mszę przyszło czworo protestantów, luteran z pastorem na czele, który zbierał wiadomości do lokalnej, kościelnej gazetki. Mam nadzieję, że przyśle mi jeden chociaż egzemplarz. Po Mszy św. kilka chwil rozmowy i ruszam w drogę powrotną. Nawet udało mi się dojechać do Vadsoe o zwykłej porze. Nocleg, poprzedzony pyszną kolacją, w gościnnym domy Lurdes i Ernesto.

Niedziela Palmowa. Można wyspać się do "bólu". Pobudka dopiero o 9.00 i to po cichu by nie zbudzić domowników. Pół godziny później śniadanko i wyjazd do lokalu Frelsesarmeen (Armii Zbawienia). Tam krzątał się już jak zwykle pan, który otwiera lokal, akurat odśnieżał. Kilka słów o pogodzie i o Świętach. Przygotowuje wszystko do Mszy św. i ciekawy jestem czy ktoś jeszcze oprócz Lurdes i Ernesto przyjdzie. Ku mojemu zaskoczeniu i radości przyszło ponad dwadzieścia osób. Nawet dwie nowe osoby. Lurdes przyniosła tradycyjne filipińskie palmy i obdzieliła nimi zebranych. Po Mszy św. chwila rozmowy, szczególnie z tymi, których spotkałem pierwszy raz, wspólne zdjęcie z rodziną z Kolumbii. Trzeba posprzątać i ruszać w drogę.

Pogoda nie najgorsza, tylko ten wiatr i zaspy, ale poszło całkiem nieźle i wróciłem do Bjoernevatn o przyzwoitej porze. O 17.00 Msza św. Tutaj też miła niespodzianka, przyszło ponad trzydzieści osób. Po Mszy św. kawa, trochę się przeciągnęła, ale to nic. Mrozu prawie nie ma, więc wojna na śnieżki jest jak najbardziej wskazana. O mały włos nieźle bym oberwał. Jeszcze obiadokolacja i wiadomości norweskie, a w nich informacja o zagrożeniu powodziowym w Polsce.

Poniedziałek to trochę dzień odpoczynku. Wybrałem się na wycieczkę drogą wzdłuż granicy norwesko-rosyjskiej. Słoneczko chwilami oślepiało, ale miło, że jest. Śniegu dużo, chciałem nawet wypożyczyć skuter śnieżny, ale niestety się spóźniłem, nie było już ani jednego wolnego. Szkoda. O 17.00 miała być katecheza, ale znowu spóźnienie. Oj! w Polsce by to nie przeszło, a tutaj? Cóż zrobić, jak spóźnia się 100% uczniów?
O 18.00 Msza św. i Mia odwozi mnie na lotnisko. O 21.00 jestem spowrotem w Tromsoe.


Początek | 2009 | Latami | Inne | Różności | MSF | Mapa witryny


Polska, Norwegia i gdzie nogi poniosą i oczy zobaczą... | admin@jtetzlaff.com

Wróć do spisu treści | Wróć do menu głównego